Wspomnienia Ludwika Machowskiego, członka organizacji „Orlęta”

Wspomnienia Ludwika Machowskiego, członka organizacji „Orlęta”

Wspomnienia Ludwika Machowskiego członka Wojskowo-Niepodległościowej Organizacji pn. „Orlęta” 1947-49r. w Łańcucie.

Więzień UB w Krakowie, Rzeszowie, Łańcucie i Wronkach w latach 1949-54.

mt_adplace_blog_post_img

Skład tekstu: Paweł Duda przy użyciu OpenOffice.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Wyprodukowano w Polsce.

Utwór w całości ani we fragmentach nie może być powielany ani rozpowszechniany za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, w tym również nie może być umieszczany ani rozpowszechniany w postaci cefrowej zarówno w Internecie, jak i w sieciach lokalnych bez pisemnej zgody posiadacza praw autorskich.

Był to miesiąc wrzesień 1947 roku. Młodzież rozpoczęła nowy rok szkolny. Rolnicy przygotowywali ziemię pod nowe zasiewy. Tu i ówdzie pod pługiem wybuchały niewypały z czasów wojny.

Konsekwencją układów jałtańskich i poczdamskich był podział Europy na wschodnią i zachodnią. W języku politycznym przestały istnieć państwa Europy wschodniej. Słowo Wschód znaczyło ZSRR, pan życia i śmierci poszczególnych narodów i wszystkich pojedynczych ludzi. Narody państw Europy wschodniej oczekiwały wolności i suwerenności, prawa do decydowania o własnym losie. Oczekiwała tego i Polska, która miała ku temu całkowite prawo. Ani na chwilę nie złożyła broni. Przelała morze krwi. Ponad sześć milionów obywateli polskich zginęło w obozach koncentracyjnych, setki tysięcy w Armii Podziemnej oraz w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie i Armii Polskiej na Wschodzie. W stosunku do liczby mieszkańców Polska poniosła największe straty ludzkie i majątku narodowego. Struktury wojskowe i administracyjne, powstałe w czasie okupacji były przeciwne powstałej nowej rzeczywistości, gdyż Polska nadal nie była wolną, niepodległą i suwerenną. Nastąpiła zmiana okupanta. Wojna światowa skończyła swój żywot, w Polsce jednak nie było jej końca. Polacy nie mogli pogodzić się z nowym stanem rzeczy. Przyczyną tego był wielki wkład Polaków w walce o wolność Polski, różnice światopoglądowe, kryteria ideowe, polityczne i gospodarcze. Trwała bitwa o przewartościowanie świadomości historycznej naszego społeczeństwa. Dla większości Polaków nowa rzeczywistość była czymś narzuconym i obcym, umacnianym przez izolację większości społeczeństwa od decydowania o kraju. Nie zabliźniły się jeszcze dawne i bliższe rany, a już trwały aresztowania, wyroki śmierci i wywóz na tereny ZSRR żołnierzy AK i innych ugrupowań walczących z Niemcami. Nie mogły zabliźnić się rany zadane Polakom przez podpisanie w sierpniu 1939 roku paktu Ribbentrop-Mołotow, wejście 17 września 1939 roku Armii Czerwonej na ziemie ówczesnej Polski i zamordowanie około 15 tysięcy oficerów polskich w ZSRR. Na ziemiach wschodnich i południowych jeszcze tliły się zgliszcza miast i wiosek po przejściu hord UPA. Punkt widzenia Polaków był inny od tego, jakim kierowała się władza. Ta nie liczyła się z pragnieniami obywateli, lecz wystarczał jej aparat przemocy, milicja i wojsko. Rosła nieufność władzy do społeczeństwa i odwrotnie. Według maksymy „dziel i rządź” społeczeństwo polskie zostało podzielone na klasę robotniczą, chłopów, wyzyskiwaczy i kułaków. W każdym widziano przestępcę politycznego, którego językiem urzędowym nazywano „bandytą”.

Przestępstwa pospolite i prawdziwy bandytyzm był w odczuciu władz mniej groźny. Wszystkich, którzy odważyli się inaczej myśleć lub byli przeciwni tej doktrynie, likwidowano, a w najlepszym wypadku karano długoletnim więzieniem. Odpowiedzialność przechodziła nawet na rodziny i pokolenie. Zapełniły się więzienia śledcze i centralne. Szalał terror. Postanowiono zakończyć z opozycją i tymi, którzy wspierają ją moralnie i materialnie. Nastąpiły masowe aresztowania. Robiono „czystki” w administracji i wojsku. Przedwojennym oficerom wytaczano procesy. Sądy bez zadrżenia ręki wydawały przeważnie wyroki śmierci. Postanowiono zmusić do uległości hierarchię Kościoła katolickiego. Wyrokami sądów zamykano w więzieniach księży i zakonnice. Ten los podzielił również Episkopat Polski. Wśród innych został osadzony w więzieniu prymas polski ks. Kardynał St. Wyszyński. Dyktatura proletariatu rozprawiała się z wszystkimi grupami, które nie były marksistowskie. Wszystko, co napotkano na drodze niszczono. Sądzono, że wystarczy dwadzieścia lat, aby zniknął Kościół i jego tradycja. Jak w prawie natury „każdej akcji towarzyszy reakcja” tak w życiu narodu działo się podobnie.

W celu samoobrony narodu powstały różne tajne organizacje, w tym wiele młodzieżowych, zwłaszcza na terenach szkół średnich i wyższych uczelni. Program swój nawiązywały do chlubnych tradycji wileńskich filomatów, filaretów, ugrupowań wolnościowych ostatniej wojny jak: AK czy też BCh. Mimo zaspokojenia głodu wiedzy w sercach młodzieży paliło się pragnienie wolności Ojczyzny, jej świetności i potęgi oręża na miarę okresu Jagiellonów. Lubiła dyskutować na tematy historyczne, a zwłaszcza o czasach minionej wojny i okupacji, jak partyzancki oręż torował drogę do wolności. Pragnęła, aby znów zapalić wolę walki o wolność Ojczyzny i miniony schemat walki przenieść na czas nowy, dopasowując go do nowej rzeczywistości. W takiej atmosferze i z takiej młodzieży nie było trudno utworzyć nowych struktur organizacyjnych zaspokajających pragnienia tworzenia polskich wartości. Młodszy kolega szkolny Michał Tofilski zdradził mi, że istnieje młodzieżowa tajna organizacja pod nazwą „Orlęta”. W roku 1947 zostałem jej członkiem. Obaj byliśmy uczniami Gimnazjum i Liceum Mechaniki Rolnej w Łańcucie. Przyjąłem pseudonim „Pancerny”. Natychmiast przystąpiłem do tworzenia struktur organizacji. Na terenie Łańcuta powstała placówka pod kryptonimem „Lwów”. W skład placówki, w której pełniłem funkcję komendanta, w chodziły wszystkie komórki liczące po 3 osoby. Jedna osoba była komendantem i łącznikiem z inną komórką. Z późniejszych raportów wynikało, że struktury organizacyjne poważnie się rozrosły. Wrócimy do pierwszych dni. Zwerbowałem trzech kolegów, którymi byli: Peszko Antoni I Liceum im. H. Sienkiewicza w Łańcucie przy ulicy Mickiewicza. Miejsce jego zamieszkania Kraczkowa, powiat Łańcut; Michno Jan, uczeń Gimnazjum i Liceum Mechaniki Rolnej w Łańcucie przy ulicy Dominikańskiej; zamieszkały w Czarnej pow. Łańcut; Balawejder Jan, uczeń II Liceum Ogólnokształcącego w budynku SS Boromeuszek w Łańcucie przy ulicy Grunwaldzkiej. Miejsce jego zamieszkania Markowa powiat Przeworsk. Wyżej wymienieni koledzy dalej rozbudowywali struktury organizacyjne. Każdy nowy członek miał obowiązek zwerbowania dwóch osób. Koledzy Peszko Antoni, Michno Jan i Jan Balawejder tworzyli sztab komendy placówki. Im powierzyłem zadania i z nimi konsultowałem sposób wykonania. Mimo, że organizacja „Orlęta” miała w swych założeniach charakter militarny, to działalności na tej płaszczyźnie nie było. Rozwinięto działalność w zakresie wychowania i oświaty w ujęciu historycznym naszych powstań wolnościowych. Wszelka działalność musiała być dostosowana do ówczesnych warunków i sytuacji politycznej. Układy polityczne Wschód-Zachód nie wskazywały na szybkie zmiany. Zachód na czele z USA zadufany w moc dolara, patrzył beztrosko na świat pogrążony bezsilnością za żelazną kurtyną. W oparciu o lekcję z 1939 r. Polacy nie mogli liczyć na żadną pomoc. Śledząc politykę międzynarodową USA widać było, że nie może znaleźć programu i kierunku skutecznych wpływów na wypadki w świecie. Pozostała dalej za wodą nie myśląc o tym, że każda zmiana, bez względu, w którym miejscu na kuli ziemskiej godzi również w USA. Przyszłe lata to potwierdziły. Jak w czasie I wojny światowej tak i teraz wolność należało wywalczyć samodzielnie przez naród, oczywiście w odpowiedniej sytuacji międzynarodowej. Trzeba być przygotowanym. Być może, że tą sprawą zostaną objęte i następne pokolenia zgodnie ze słowami poety: „walka o wolność, gdy się raz zaczyna, z ojca krwią spada dziedzictwem na syna”.

Powstało pytanie, jaka ma być Polska? Musiała być nakreślona ogólna wizja Polski, aby na niej można było oprzeć treść propagandy gospodarczo-politycznej. Uznaliśmy ustrój demokracji za godny przyjęcia, gdyż były to zdobycze robotników i chłopów. Polska winna być niepodległa i suwerenna, bez obcej ingerencji. Polska winna sama się rządzić. Polska może zawierać sojusze z sąsiadami lub innymi państwami, jeżeli uzna, że wymaga tego interes państwowy. Rząd Rzeczypospolitej powinien być wybrany z woli narodu drogą głosowania. Konstytucja Rzeczypospolitej winna być ściśle przestrzegana. Ziemia winna należeć do chłopa, być jego własnością. Gospodarzami zakładów winny być rady robotnicze. Przyjęliśmy potrzebę uczestniczenia w organizacjach zw. rządowych jak ZMP. Chodziło nam przede wszystkim o zajmowanie w tych organizacjach stanowisk kierowniczych. Zostałem wybrany na sekretarza koła ZMP przy II Liceum Ogólnokształcącym w budynku SS Boromeuszek w Łańcucie. Otrzymałem rozkaz zbierania broni. Na ten cel trzeba było dużo pieniędzy. Michał Tofilski proponował zdobywanie pieniędzy w punktach skupu żywca. Byłem temu przeciwny. Wydałem rozkaz zabraniający takiej działalności. Zakup broni może odbywać się tylko za własne pieniądze. Jako komendant placówki otrzymałem na użytek osobisty dwa pistolety. Parrabellum i Smitha. Praca organizacyjna rozwijała się pomyślnie. Tematem pogadanek była przeważnie historia taka, której nigdy w szkołach nie wykładano.

Były to prawdy historyczne, o których u nas nie mówiono, bo tego nie życzył sobie nasz sąsiad – ZSRR. Tematem spotkań była tożsamość narodowa i rodzima kultura oraz orientacja polityczna, cel terroru stosowanego przez UBP, sądy i więzienia w Polsce, wojna polsko-radziecka w 1920 roku, Piłsudski, Witos i SL, rewolucja francuska, hiszpańska w 1936 i rosyjska, układ sił w Europie po II wojnie światowej itp.. Były też dyskusje na tematy bieżące, usłyszane w audycjach nadawanych przez Paryż, Londyn i USA. Te wiadomości były obszerne, ale dla nas nie rokowały nadziei przynajmniej w najbliższych latach. Nie mogliśmy się pogodzić z tym, że zachodni mężowie stanu są, aż tak naiwni, których Stalin wykołował, a następne ekipy zaskakiwały nowymi propozycjami Zachód, budziły organizacje lewicowe, aby siały niepokój wewnątrz kraju. Wówczas dane rządy kierowały wysiłek na zaprowadzenie porządku we własnym kraju. Sprawy międzynarodowe schodziły na plan dalszy, a jeżeli były załatwiane to bez przekonania i mało skutecznie. Wracała maksyma komendanta Piłsudskiego, że wolność musimy sobie sami wywalczyć. Liczą się tylko fakty dokonane przez samych Polaków. W Polsce tymczasem panowała ciemna noc, wydawało się, że wszystko zostało „zburzone” wraz z ludźmi. Nowe pokolenie zostanie wychowane według nowych wzorów jako janczarowie naszych czasów. Ogarniało nas z tego powodu zwątpienie. Należało temu zaradzić. Organizowano dyskusje, podczas których przekonywano, że nasza praca to droga do słusznej i wielkiej sprawy. Byliśmy świadomi tego, że możemy nie doczekać czasów wolnej Polski, ale mieliśmy nadzieję, że w takiej będą żyć kolejne pokolenia. Od chwili zaborów pięć pokoleń Polaków składało daninę krwi do 1918 roku, kiedy to powstała nowa Polska wolna, niepodległa i suwerenna, wykuta szablą i bagnetem przez samych Polaków. Ale nawet wówczas zbrojne interwencje na granicach nie były odosobnionymi przypadkami (walki z Niemcami, Czechami, Ukraińcami, Litwinami i Sowietami). Najważniejsza z nich, stoczona 15 sierpnia 1920 roku dowiodła siły oręża polskiego i determinacji obrony powstałej Ojczyzny. Siłę wiary w suwerenną Polskę umacnialiśmy w oparciu o ojczystą historię Jagiellonów, Korony i Litwy, Królestwa Obojga Narodów, Batorego, Żółkiewskiego, Kościuszki i tysiące bohaterów legionów Dąbrowskiego, powstania 1831, 1863, legiony Józefa Piłsudskiego, bohaterów lochów pruskich, skazańców kopalń Sybiru, obrońców w 1939 r., żołnierzy II wojny światowej, walecznych partyzantów i powstańców Warszawy, o życiorysy wielkich Polaków żyjących i tych, którzy zostali zamordowani wyrokami sądów PRL, zabici w czasie śledztwa i w lochach więzień. Ci ludzie byli naszymi świętymi godnymi naśladowania. Byli tak umęczeni jak umęczona była nasza Ojczyzna. Opracowane tematy informacyjne przepisywaliśmy na maszynie i dostarczyliśmy do poszczególnych sekcji placówki. Najczęstszym tematem była rola Stalina i Lenina w rewolucji rosyjskiej, Polacy a rewolucja, Polska ZSRR, rok 1939-deportacja Polaków do ZSRR, Niemcy i ZSRR, ostatnia wojna, teoria dwóch wrogów (np. Napad Niemiec na Polskę i wbicie noża w plecy armii polskiej przez ZSRR) itp. Szukaliśmy prawdy pośród wielkiego fałszu i zakłamania. Wiedzieliśmy, że nasza polska historia jest inna. Byliśmy przekonani, że nadejdzie czas, kiedy można będzie się uczyć prawdziwej polskiej historii.

Część młodzieży uwierzyło w te brednie. Pochodzili oni z tak zwanego lumpenproletariatu. Oni do stracenia nie mieli nic, a do zdobycia wiele. Korzystali z możliwości awansu tej grupy. Zdolniejsi zdobywali wykształcenie, zajmowali kierownicze stanowiska, inni zasilali obsadę komitetów partii, organa milicji i urzędów bezpieczeństwa. Plan naszej pracy uwzględniał propagandę wśród wyżej wymienionej młodzieży, aby slogany głoszone przez partię nie były przyjmowane przez nich całkowicie bezkrytycznie. Chodziło o to, aby ludzie myśleli po polsku, a ci którzy takie myślenie utracili, utracili pragnienie powrotu do naszej mowy, kultury, wiary i niepodległości.

Od nowych członków „organizacji” wymagaliśmy dużo. Kładliśmy nacisk na naukę, moralność, patriotyzm, wiarę, sport, kulturę, wiedzę, roztropność, orientację, umiejętność podejmowania szybkich decyzji, kierowania zespołem itp. Wpajano, żeby każdy był uczynny, koleżeński, niósł pomoc potrzebującym, był prawdomówny, aby w życiu każdego pierwszym był: Bóg, Honor, Ojczyzna. Busolą naszych wytycznych było prawo harcerskie ujęte w dziesięciu punktach. Projektowano utworzenie w przyszłości organów bezpieczeństwa wewnętrznego „organizacji”, sekcji informacji gospodarczo – politycznej. Stało się to koniecznością w związku z szybką rozbudową szeregów organizacji. Zebrania organizacyjne odbywały się w mieszkaniu kolegi Peszko Antoniego przy ul. Mickiewicza w Łańcucie, w moim mieszkaniu u pana Bitnera przy ul. Grunwaldzkiej, później w moim nowym mieszkaniu u pani Jacewiczowej przy ulicy Jagiellońskiej w Łańcucie. Spotkania odbywały się także na zabawach, wycieczkach, w parku, na boiskach szkolnych, na ulicy, po wyjściu z kościoła, w domach rodzinnych itp. , wszędzie , gdzie byli ludzie i nie było podejrzenia o nielegalność. Rozkazy przychodziły z głównego ośrodka dyspozycji. Przynosił je Michał Tofilski. Po zdaniu matury w okresie wiosennym 1949 roku przekazałem broń Michałowi Tofilskiemu. Funkcje komendanta placówki „Lwów” przyjął Jan Balawejder. Wyjechałem do Krakowa, gdzie zamieszkałem przy ulicy Zamenhoffa 4.

Siódmy października 1949 roku zostałem aresztowany przez funkcjonariuszy WUBP w Krakowie, mieszczącego się przy Placu Inwalidów. Kiedy usłyszałem dzwonek do mieszkania, odczułem, że jestem aresztowany. Kiedy otworzyłem drzwi, do mieszkania weszło dwóch średniego wzrostu mężczyzn, okazali legitymację. Jeden z nich orzekł, że jestem aresztowany, oraz mają nakaz przeprowadzenia rewizji. Tak też się stało. Nie miałem nic, co by mnie obciążało. Zabrali mnie ze sobą. Wyszliśmy na ulicę. Tam czekał samochód „gazik”. Kierowca już czekał. Polecono mi wejść. Obok mnie usiedli moi opiekunowie. Szybko pokonywaliśmy kolejne ulice. Chwilę później wprowadzano mnie niczym do grobowca. Poczułem zaduch, chłód i złowrogą ciszę…. Była to noc. Prowadzono mnie w dół po schodach. Tam wszedłem na długi korytarz. Po obu stronach widać było liczne drzwi. Przy ścianach świeciły żarówki. Mimo to panował półmrok. Wprowadzono mnie do dyżurki. Spisano personalia, przeprowadzono szczegółową rewizję, zabrano pas i sznurówki oraz walizkę. Na dyżurce siedział mały, gruby, piegowaty, wyglądał na sadystę. Po jego zachowaniu widać było, że czeka tylko sposobności, aby mógł „młócić”. Wprowadzono mnie do jednej z cel. Drzwi odemknięto ze zgrzytem i z takim samym zamknięto. Cela może miała 15 metrów kwadratowych. Przy ścianie świeciła się bez osłony żarówka. Na brzegu pryczy zbitej z okrągłych żerdzi siedziało sześciu mężczyzn. Siedzieli cicho i w skupieniu. Zapytali za co jestem aresztowany. Odpowiedziałem, że nie mam pojęcia. Dalszą rozmowę przerwałem milczeniem. Nie wiedziałem kto tu siedzi, może podszyty funkcjonariusz, może „kapuś”. Nie było czasu na rozmowę, bo mimo nocy zabrano mnie na górę przed oblicze śledczego. Kiedy wyprowadzano mnie z piwnicy na górę, na korytarzu twarzą do ściany stał mój kolega Adam Kopeć, uczeń mechaniki. Nie wiedziałem, że on też należał do „Orląt”. Rodzice jego mieszkali w Bieżanowie. Korytarze budynku biegły w różne strony. Mnie wprowadzono do jednego z biur. Za stolikami siedziało trzech mężczyzn w ubraniach cywilnych. Jednym z nich był ten, który mnie aresztował. Wszyscy byli w średnim wieku i przy tuszy. Sprawiali wrażenie oprawców. Ocena moja okazała się później jak najbardziej trafiona. Zatrzymałem się blisko drzwi. Funkcjonariusz spisywał personalia, przy czym klął siarczyście. Oznajmił mi, że nie będzie się bawił ze mną. Kazano mi podać nazwę „bandy”, strukturę, pseudonimy znanych mi członków, mój pseudonim, oraz struktury na terenie miasta Krakowa, województwa, czy tez Polski. Bez przerwy oświadczałem, że nie należę do żadnej organizacji, nic nie wiem. Kiedy wymieniałem słowo „organizacja” śledczy wpadł w szał, uczył mnie, że należy mówić „banda”. Chciał siłą wymusić przyznanie się do przynależności. Zawsze zaprzeczałem. Wówczas wstawali od stolika dwaj pozostali, robili ze mnie piłkę nożną. Kopali mnie i całą siłą rzucali o ścianę. Ostatkiem sił odpowiadałem, że nic nie wiem. Nad ranem przyprowadzono mnie od celi. Leżałem bardzo krótko, bowiem znów mnie zabrano. I znów wszystko zaczęło się od początku wraz z przekleństwami i biciem. W dzień zaprowadzono mnie do pomieszczenia, gdzie zrobiono mi zdjęcia z różnych stron oraz odciski wszystkich palców obu rąk. Zaprowadzono mnie do innej celi. Było tam pięciu mężczyzn. Jeden były funkcjonariusz UB. Dlaczego siedział, nie wiem. Narzekał, że nie docenili jego pracy, a przecież nawet wiernie służył, wiele razy organizował kotły i zasadzki. Całe doby siedział w zimnie, a nawet w śniegu, aby chwycić ważną osobę. Opowiadał to wszystko z poczuciem krzywdy. Siedziałem w zamyśleniu, wiedziałem, że coś się stało, ale w jakim zakresie i co było przyczyną? Była to dla mnie tajemnica. Cały dzień i noc siedziałem w celi. Na obiad dostałem chochlę kaszy jęczmiennej na wodzie. Byłem bardzo głodny. Sądziłem, że siedzący „ubecy” będą mnie „oprawiać”, ale ku memu szczęściu zachowywali się spokojnie. Następnego dnia zaprowadzono mnie do śledczego. Śledztwo zaczęło się znów od początku, przeplatane biciem w twarz i kopniakami. Wciąż oświadczałem, że nie wiem o co chodzi, że to jakaś pomyłka. Śledczy w wielkim zdenerwowaniu oświadczył: „słuchaj dobrze, ty zaj….. skurw…. synu, należysz do „bandy”. Wszyscy już siedzą. Gdybym chciał połamałbym, ci wszystkie kości, sam byś śpiewał, odwieziemy cię do Rzeszowa, tam z tobą hu.. się zabawią.” Do sali weszło dwóch cywili i dwóch żołnierzy KBW. Owi cywile byli to funkcjonariusze UB z Rzeszowa. Jeden z nich oderwał mi guziki od spodni i zapiął kajdanki na ręce. Spiętymi rękami musiałem trzymać spodnie. Było to zabezpieczenie przed ucieczką. Posiadaną walizkę niósł żołnierz KBW. Przed budynkiem WUBP stał samochód polowy. Za kierownicą siedział cywil. Polecono mi wsiadać. Usiadłem na środku siedzenia, a obok mnie dwóch funkcjonariuszy. Na drugim usiedli żołnierze KBW. Samochód ruszył. Jechaliśmy przez znane mi ulice do dworca kolejowego. Weszliśmy na hol. Czekaliśmy bardzo krótko. Po przybyciu pociągu jadącego do Przemyśla wprowadzono mnie do wagonu. Czterech ludzi siedziało wokół mnie. Pasażerowie musieli odsunąć się na inne ławki. Niektórzy protestowali, być może chcieli mi podać coś do jedzenia, lecz funkcjonariusz tłumaczył, że wiozą groźnego bandytę. Trzeba uważać, bo mogę zabić. Dla bezpieczeństwa muszą być odsunięci. Nie wiem czy wszyscy w to uwierzyli. Zrobiono ze mnie bandytę. Pociąg ruszył. Patrzyłem na znane mi domy i ulice, które zdawały się uciekać. Mignęła w oknie ulica Zamenhoffa, gdzie w budynku nr 4 mieszkałem do chwili aresztowania. W błyskawicznym tempie, niczym z taśmy magnetowidu został odtworzony obraz kilku miesięcznego pobytu w Krakowie. Praca moja w warsztatach kolejowych w Bieżanowie, państwo gospodarze, u których mieszkałem, ich urocza córka studentka WSE, kina, teatry, Wawel, muzea, Ogród Botaniczny, które zwiedzaliśmy. Słońce ostatnimi promieniami żegnało dzień. Siedziałem wpatrzony w okno i rzeczywiście ogarniały mnie ciemności. Nie wiedziałem co się stało, co już wiedzą, jak się bronić, kto już siedzi. Mijaliśmy różne stacje. Oświetlone napisy nazw stacji odczytywałem skrupulatnie. Znów rozmyślałem, co było przyczyną takiej wpadki. Chwilami stawiałem sobie pytanie, czy ja jako dowódca dopełniłem wszelkich obowiązków? Nie wprowadziłem w życie sekcji bezpieczeństwa i informacji. Być może nie doszłoby do tego. Rozmyślanie moje przerwał głos konduktora „stacja Rzeszów”. Polecono mi wysiadać. Była już późna noc. Prowadzono mnie ulicą Asnyka, I Maja, Grunwaldzką, Moniuszki, Zygmuntowską i Jagiellońską. Idąc przed oczyma stawały mi kazamaty UB i oprawcy, o których tak wiele słyszałem. Prosiłem Boga, aby mi dodał siły i odwagi. Tak prowadzono mnie do budynku WUBP w Rzeszowie. Weszliśmy od strony ulicy Marchlewskiego. Po okazaniu dokumentów dyżurny otworzył drzwi.

Zaprowadzono mnie na pierwsze piętro do biura, gdzie siedział funkcjonariusz. Przekazano mnie. Dotychczasowi konwojenci odeszli. Przyszli inni, oglądali mnie, po czym nastąpiło przesłuchanie. Każdy z nich starał się wymierzyć silniejszy cios i kopnąć silniej niż jego kolega. Sprawiali wrażenie pijanych. Po pewnym czasie odeszli. Został tylko jeden. Przysłuchanie trwało dalej. Śledczy czasem wstawał, podchodził do mnie wymierzał kilka ciosów w piersi lub twarz, siadał i znów pisał, ale nie to co ja mówiłem. Sam tworzył protokół. Zmuszał mnie do podpisania. Kiedy odmawiałem podpisu, to znów wymierzał mi ciosy rękami i nogami. Przerwał przesłuchanie, zadzwonił po klucznika, a kiedy ten przyszedł, polecił odprowadzić mnie do celi. Kiedy odwracaliśmy do wyjścia, śledczy polecił zaczekać. Dzwonił do kogoś, pytał się czy łaźnia wolna. Widać padła odpowiedź „zajęta”, ponieważ nakazał wprowadzić mnie do celi. Miałem szczęście. Dowiedziałem się później co znaczy słowo „łaźnia”. Była to cela z wodą, gdzie moczono opornego więźnia. Prowadził mnie na parter, a później po schodach do piwnic przez żelazną bramę. Na dole był korytarz z licznymi po obu stronach drzwiami drewnianymi z wizjerami. Przy schodach była dyżurka klucznika. W swojej książce zapisał nazwisko i datę urodzenia itd.. Pytał za co zostałem aresztowany. Odpowiedziałem: „nie wiem”. „Wszyscy, którzy tu przychodzą nic nie wiedzą, ale gdy ich zaprowadzą na górę, zaraz wiedzą i wszystko mówią. Również i ty s… synu będziesz wiedział i wszystko mówił” – odparł klucznik. Otworzył jedną z cel i polecił wejść. Wszedłem, za mną słyszałem trzask zamykanych drzwi. W celi na pryczy siedziało kilku mężczyzn. Było już rano. Czekali na śniadanie. Wszyscy odpowiedzieli na moje „Dzień dobry”. Usiadłem na wolnym brzegu pryczy i patrzyłem na pozostałych. Wyglądali jak nędzarze. Wychudzeni, zarośnięci, obdarci, na twarzach malował się smutek i cierpienie. Jeden z nich zapytał mnie jaki jest miesiąc i tydzień. Wówczas jeszcze wiedziałem, ale później i ja utraciłem rachubę czasu. Okna nie było. Przy ścianie świeciła się odkryta żarówka. W kącie obok drzwi stała ubikacja. Przyniesiono śniadanie. Każdy otrzymał porcję chleba i jedną drugą litra kawy zbożowej. Zjadłem bardzo szybko, byłem głodny. Siedziałem na pryczy i znów myślałem co się stało, jak się bronić, co już wiedzą, kto jest aresztowany? Wypowiedzi i pytania śledczych świadczyły, że już dużo wiedzą. Muszą ci ludzie już siedzieć. Rozmyślania moje zostały przerwane wywołaniem z celi. Klucznik zaprowadził mnie na górę. Znów rozpoczęło się śledztwo, jak zawsze od początku. Jak zawsze powtarzałem, że nic nie wiem. Dostałem lanie, ile weszło. Następnie z szafy przyniósł kilka protokołów i polecił ich przeczytanie. Przeczytałem, dość pospiesznie, ale wiadomo było, że już wielu członków organizacji siedzi, a ich zeznania stwierdzały przynależność i działalność. Moje nazwisko również było wymienione. Nie było już sensu dalej przeczyć wszystkiemu. Kiedy oddałem protokoły, zapytał: „no teraz sku…. synu będziesz dalej zaprzeczał ?” Nadeszła dla mnie najcięższa chwila. Siedziałem zamyślony, jak na ekranie widziałem moment przysięgi na wierność „organizacji”. Widziałem kolegów, którzy swój los złączyli z moim na dobre i złe. Czy nasze ideały zostaną zdeptane, wyrzucone przez przemoc? Pozostanie szyderczy śmiech i urąganie naszym rodzinom. My podzielimy los naszych poprzedników, zrywów narodowych, którzy zginęli w więzieniach ZSRR i lochach osławionego UB. Przerwałem rozmyślanie, gdyż śledczy głośno krzyknął „no mów s.. synu!”

Jestem członkiem organizacji „Orlęta”. Jestem komendantem placówki kryptonim „Lwów”, pseudonim „Pancerny”. „My cię tu s.. synu zaj.. „rozpancerzymy”- powiedział śledczy pisząc jednocześnie protokół. Starałem się tylko ustosunkować do znanych mi protokołów, ale to dla śledczego było mało. Co pewien czas podchodził do mnie, wymierzał silne ciosy w twarz i żołądek lub z całą siłą rąbał mi palce nóg. Ból był tak silny, że sądziłem, że mam zmiażdżone palce. Protokół zakończył, odczytał i polecił podpisać. Zadzwonił po klucznika, który zaprowadził mnie do celi. Cele mieściły się pod budynkiem „urzędu”. Zamurowane okna w mojej celi wychodziły na ulicę Jagiellońską. Świeciła się zawsze odsłonięta żarówka. Zacierały się nazwy kolejnych dni i nocy. Doprowadzony na górę do śledczego odzyskiwał na krótko orientację. Jeżeli siedziałem w celi wiedziałem czy jest dzień czy może noc po tym, jaki posiłek dostaję. Ustawicznie trwało śledztwo. Prowadzący śledztwo zmieniali się, a ja głodny, mordowany musiałem odpowiadać na zadane mi pytania. W czasie śledztwa często „słuchałem Londynu” tzn. siedziałem na jednej nodze taboretu. Taboret był odwrócony nogami do góry. Takie siedzenie na nodze taboretu mogło doprowadzić do kalectwa. Noga taboretu coraz bardziej wchodziła do odbytnicy sprawiając wielki ból. Po pewnym czasie człowiek spadał jak kłoda na podłogę. Wówczas podchodził śledczy poczęstował szpicami butów w miejsca gdzie mu się podobało. Po takich 24 godzinach odprowadzano mnie do celi. Przy ścianach stały tzw. prycze zbite z okrągłych żerdzi. Cały obity położyłem się na pryczy. Zetknięcie ciała z powierzchnią żerdzi powodowało ból. Mimo to zasnąłem. Sądzę, że byłem obserwowany przez wizjer w drzwiach, bowiem w chwilę po zaśnięciu, jak mówili współwięźniowie, obudzono mnie i prowadzono na górę. Znów od początku: imię, nazwisko itd., siedzenie na nodze taboretu, miażdżenie palców itd.. Po tym wszystkim odprowadzono mnie do celi i po chwili znów na górę, aby pytać od początku. Śledczy stosował coraz bardziej „urozmaicone” zabiegi „kosmetyczne”. Wówczas byłem pewien, że już nigdy z tych murów nie wyjdę. Wszystko wskazywało na to, że mnie zamordują i rzucą gdzieś w rozpadliny, przepadnę bez śladu. Ostatecznie nie przerażało mnie to. Byłem (i jestem) wierzący i przygotowany na śmierć. Największą boleścią była niewiadoma losów kolegów. Wiedziałem tylko, że siedzi nas wielu. Uparcie cisnęły się myśli: czy wszyscy żyją, co już zostało wykryte, kto zdradził, czy szeregowy, czy z komendy? Jaką stosować linię obrony itp.? Siedziałem na krawędzi pryczy, po nocy przeprowadzono mnie do celi gdzie siedziało 10 osób. Podobnie jak ja byli całą noc na śledztwie. Sądzę, że wszyscy zadawali sobie pytania, co będzie dalej. Co już wiedzą? Jakie metody zastosują jeszcze w śledztwie. Jedno było wiadome, że bicie będzie na pewno. Patrzyłem na innych. Siedzieli na krawędzi pryczy. Ubrania mieli poszarpane, na twarzach i rękach ślady pobicia. Byli to żołnierze AK i WIN wiekiem ode mnie starsi. W tym samym budynku mordowało żołnierzy gestapo. Teraz morduje okupant ze wschodu i bracia Polacy! Od 1939 do 1944 roku wypłynęło morze polskiej krwi, ponad 6 milionów Polaków zamordowali hitlerowcy. Kiedy siedzę w celi, co wyżej opisałem jest już rok 1949. Pięć lat od tzw. „wyzwolenia”. Dalej siedzą i giną najlepsi synowie Ojczyzny. Zmienił się dla Polaków tylko kat i metody zabijania. Zmienił się tylko kierunek jazdy kibitek. Za czasów okupacji hitlerowskiej kibitki pędziły na zachód, a po „wyzwoleniu” pędzą na wschód. Panuje terror, nikt nie jest pewny dnia, ani godziny. Święci swoje powodzenie dyktatura proletariatu. Jeżeli tylko chcą zrobią z anioła diabła, a z diabła anioła. Wszystko dla tzw. szczęścia ludu. Dowolnie interpretuje się prawo, którego wykładnikiem jest interes społeczny.

Po upływie jednego tygodnia czasu, wyprowadzono mnie na podwórze UB w Rzeszowie. Było to już popołudniu. Na podwórzu stał samochód skrzyniowy, odkryty. Na nim siedziało czterech mężczyzn w mundurach, uzbrojonych w pepesze. Polecono mi wyjść na samochód i położyć się twarzą do podłogi. Następnie wywinięto mi ręce w tył na plecy i skuto kajdankami. Nie miałem możliwości żadnej ucieczki. Wszyscy trzymali broń gotową do strzału. Jeden z nich oświadczył, abym się nie ruszał, bo w spodniach zrobi mi sito, a na dowód przyłożył do pośladków lufę pepeszy. Do konwoju dołączył cywil z teczką. Sprawdził zabezpieczenie i wsiadł do kabiny kierowcy, czego domyśliłem się słysząc dźwięki otwieranych i zamykanych drzwi samochodu. Samochód ruszył. Jechał ulicami, wreszcie wyjechał na drogę Rzeszów-Łańcut. Widziałem tylko korony drzew i dachy wyższych domów.

Po pewnym czasie zauważyłem domy miasta Łańcuta. Samochód pokonał zakręty i zatrzymał się. Jeden z konwoju odpiął mi kajdanki i polecił wstać i zejść z samochodu. Z kabiny wyszedł cywil z teczką. Stałem na podwórzu PUBP w Łańcucie. Wszyscy odeszli zostawiając mnie z klucznikiem. Ściany budynku tworzyły literę „u”. W ścianach dwóch ramion widać było okna. Przy samej ziemi widniały małe okienka. Od strony zachodniej stał parterowy budynek gospodarczy, do którego kazano mi wejść. Widać było, że jest to pomieszczenie, gdzie przygotowują jedzenie dla aresztowanych. Byłem już prawie dwa dni bez jedzenia. Odczuwałem okropny głód. Poprosiłem o coś do jedzenia. Odpowiedział mi, że już po kolacji, nic nie może dać. Wszystko zostało wydane. Należało czekać do dnia następnego. Mój opiekun zaprowadził mnie do celi mieszczącej się w piwnicy. Ogromnym kluczem przekręcił w drzwiach i silnym szarpnięciem je otworzył. Polecił wejść. Tu także wisiała na ścianie słaba żarówka. Była to cela przypuszczalnie o wymiarach 4,5×2,5 metra. Od strony rynku było maleńkie okienko zabezpieczone od strony zewnętrznej grubą, metalowa kratą. Przy jednej ścianie stała niska prycza, na której leżał więzień w poszarpanym ubraniu i zniszczonych butach. Leżał bez żadnego nakrycia. Jak się później okazało, nikt nie otrzymywał koca. W kącie obok drzwi stała duża metalowa ubikacja. W posadzce widać było kanał, którym płynęły ścieki z toalet.. Płyt dla przykrycia nie było. Może się zniszczyły, lub celowo to zrobiono. Siedziałem na rogu pryczy i czekałem co dalej nastąpi. Cisnęła się lawina myśli. Wiedziałem, że teraz nastąpi zasadniczy akt scenariusza. Będę siedział, aż do ukończenia śledztwa. Może 6 miesięcy, może rok? Tu będą stosowane najnowsze osiągnięcia UB. Nie czekałem długo. Otworzyły się drzwi, zostałem wywołany. Klucznik zaprowadził mnie na piętro do jednego z biur, gdzie za stołem siedział funkcjonariusz zapatrzony pilnie w przed nim leżące dokumenty. Klucznik zameldował i wyszedł. Ja nadal stałem przy drzwiach obok taboretu. Funkcjonariusz jeszcze przez dłuższą chwilę coś przeglądał w rozłożonej teczce. Wreszcie odsunął szufladę, wyjął pistolet wprowadził nabój i znów położył w szufladzie pozostawiając ją otwartą. Po chwili podniósł głowę i z drwiącym uśmiechem powiedział: „No cóż mamy cię sku.. synu. Siedziałeś w czasie referendum i wyborów do sejmu, ale tylko po 24 godzin. Teraz koniec z tobą. Kara śmierci cię nie minie. W najlepszym wypadku posiedzisz sobie bardzo długo. Ty zaj.. s.. synu rząd robotniczo-chłopski dał ci wykształcenie, a ty chciałeś go obalić. Chciałeś ty w d… j….. , aby Anders przyjechał na białym koniu. Takich wyrzutków zniszczymy całkowicie. Teraz będziesz wszystko mówił, połamiemy ci kości, a później sznur, bo kuli szkoda na takiego zdrajcę. Tu będzie twój koniec. Już więcej nie zap…… twoją narzeczoną, będą piep… ją inni. Lepiej by było, jak cię ta kurwa rodziła abyś się był w d…. udusił.” Coraz bardziej podnosił głos, ubliżał mnie, mojej matce, ojcu i całemu rodzeństwu. Takich wulgarnych słów jeszcze nie słyszałem. Zdeptał moją godność, rzucił na kanał błota moją największą świętość cześć matki, ojca, rodzeństwa. Targany boleścią ducha stałem bezsilny. Dalej wywodził: „Żeby mi było wolno to zaraz bym cię zabił”. Zbliżył się do mnie, zadawał mi ciosy w twarz, piersi, brzuch. Nie było to dla mnie nowością, bo już podobnie łamali mi kości w UB w Krakowie i Rzeszowie. Jednego się tylko bałem, abym nie został kaleką. Śmierć byłaby lepsza. Nagle odszedł i siadł za biurkiem i wrzasnął „siadaj h…”, co też uczyniłem. Wszystko mnie bolało, byłem bardzo głodny i słaby. Prawie nie słyszałem jak dalej mnie wyzywał i przeklinał. Następnie oznajmił mi, że będzie pisał protokół, więc muszę mówić prawdę. Zapytał mnie, jakie jest moje pochodzenie. Odpowiedziałem, że chłopskie. „Moje też chłopskie. Widzisz obaj jesteśmy chłopami. Serce mi się kraje jak muszę bić takiego jak ty” – usłyszałem w odpowiedzi. Nie przerywając mówił dalej: „Za to co zrobiłeś sąd wymierzy ci karę śmierci. Za naszym wstawiennictwem może być inaczej. Możesz dostać mały wyrok, a może nawet zostaniesz zwolniony do domu, jeżeli tylko wskażesz księży i zakonnice, profesorów, którzy wciągnęli cię do „bandy”. Ty nie jesteś nic winien, to oni cię wciągnęli, oni złamali ci życie, oni winni odpowiadać. Urząd bezpieczeństwa przyczyni się do tego, zostaniesz zwolniony, ukończysz studia. Jesteś zdolny, zajdziesz wysoko, możesz być ministrem, ambasadorem, lub jeszcze wyżej. Wskaż wszystkich, ja sobie zapiszę i daję słowo oficerskie, zostaniesz zaraz zwolniony. Będziesz odpowiadał z wolnej stopy. My, jak już mówiłem, sąd cię uniewinni”. Odpowiedziałem, że chcę być wolnym, ale nie wskażę księży, zakonnic i profesorów, ponieważ oni mnie nie wciągnęli do „organizacji”, ani o niej nic nie wiedzieli. Wówczas stanął przede mną i stwierdził: „A ty s.. s.. ja ci serce otworzyłem, a ty w d…. j….. nie chcesz ze mną rozmawiać. Rąbnął mnie kilka razy łopatką od węgla, spadłem z taboretu”. Usłyszałem krzyk „siadaj!”. Usiadłem. Zaczynał pisać protokół. Imię, nazwisko, data urodzenia, miejsce zamieszkania, pseudonim, kryptonim placówki, data wstąpienia do organizacji, jej struktura itp. Odpowiedziałem tylko na wstępne pytania. Czasami zaprzeczałem. Pisał, co tylko chciał. Po zakończeniu polecił mi podpisać. Odmówiłem twierdząc, że protokół jest fałszywy. Z tego też powodu uderzył mnie łopatką. Oświadczyłem, że podpiszę, bo jestem zmuszony, ale na rozprawie odwołam. Odpowiedział licznymi przekleństwami, przezwiskami kończąc słowami „nie zdążysz odwołać”. Zadzwonił po klucznika. Ten przyszedł i zaprowadził mnie do celi. Było już po północy. Położyłem się na pryczy w swoim jedynym ubraniu. Rozmyślałem jeszcze przez chwilę, już wiedziałem, że wszyscy siedzą. Nie wiedziałem o Antonim Peszko i Jasiu Balawejder. Nie pytano się o Michała Tofilskiego. Zastanawiałem się nad tym dość długo. Zasnąłem. Rano obudził mnie krzyk klucznika. Wstałem, nie musiałem się już ubierać. Obok pryczy stało wiadro z wodą. Przemyłem obitą twarz i wytarłem rogiem marynarki. Wstał również mój współwięzień. Przyniesiono śniadanie. Roznosił je klucznik z więźniem. Był to kawałek chleba /jedna ósma bochenka/ i garnuszek zbożowej czarnej kawy. Zjadłem wszystko nie zaspokoiwszy głodu. Zrozumiałem, że głód jest jednym ze sposobów zmiękczenia więźnia. Nie zabrano mnie na górę więc postanowiłem porozmawiać ze współtowarzyszem niedoli. W czasie rozmowy dowiedziałem się, że dopiero ukończył obowiązkową służbę wojskową. Po przyjściu do domu, ukradł pieniądze jednemu gospodarzowi i księdzu proboszczowi jego parafii. Spotkał dawną znajomą, którą później nazwał nawet narzeczoną. Wynikiem kontaktów było nabawienie się choroby wenerycznej. Nie krył się z tym, obniżył spodnie i pokazał prącie, które było zaczerwienione, obrzękłe, a na jego boku widniała jakaś rana. Mówił, że się leczy. Kiedyś w technikum byłem z kolegami na praktyce wakacyjnej w Bytomskich Zakładach Budowy Maszyn. Przy Politechnice Gliwickiej zorganizowano prelekcję na temat chorób wenerycznych. Teoria została poparta oglądaniem dowodów, eksponatów. W obszernych gablotach stały słoiki, a w nich część narządów płciowych mężczyzny i kobiety znajdujących się w różnych stadiach choroby. Widok był okropny. Przestrzegano nas byśmy nie zawierali żadnych kontaktów z tutejszymi kobietami, ponieważ duży procent posiada choroby weneryczne. Przyczyną tego było przejście mas wojsk frontowych. Przypomniało mi się to wszystko. Osądziłem, że przebywanie z takim człowiekiem oraz korzystanie z jednych naczyń, mycie w wodzie w jednym wiadrze, jest dla mnie niebezpieczne. Nie mogłem zmienić sobie celi, ale starałem się uważać. Nie myłem się w tej wodzie. Otrzymaną kawą przemywałem oczy i wycierałem rogiem marynarki. Do celi wszedł śledczy. Zapytał się mojego współwięźnia, za co został aresztowany. „Byłem głodny i ukradłem księdzu pieniądze” – odpowiedział. Wówczas śledczy rzekł: „Widzicie, byliście głodni i bez grosza a ten ogier boży miał ich pełno. Mógł wam dać trochę, bylibyście nie kradli”. „Tak jest panie poruczniku, żeby był dał, nigdy bym nie kradł” – ponownie odezwał się więzień. Następnie usłyszeliśmy monolog śledczego, w którym stwierdza, że księża to czarna międzynarodowa reakcja, powiązana z kapitalistami zachodu, a szczególnie USA. Oni to ogłupiają chłopa robotnika. Watykan to ciemnogród, który ma swoje macki jak ośmiornica. Powstała epoka siły rozumu i socjalizmu. Głupota wiary musi zniknąć. Z jego wypowiedzi wywnioskowałem, że jest facetem po sześciotygodniowym kursie. Wydawało mu się, że jest specem od prawa karnego, dialektyki politycznej i historii. Cofając się zniknął za drzwiami. Usiadłem na pryczy i pogrążony w niepewności mego losu. Nie czekałem długo. Do celi wszedł klucznik. Zostałem wezwany na górę. Przyprowadził mnie do pokoju, pozostawiając otwarte drzwi. Obok w pokoju przesłuchiwano aresztowanego, który wył z bólu niczym dobijany dziki odyniec. Drzwi były otwarte, a na stole leżał człowiek. Na stole i podłodze widać było ślady krwi. Sądzę, że ten pokaz by celowy. Dano mi lekcję pokazową, aby mnie zmiękczyć. Jeżeli nie będę mówił, to będę męczony podobnie. Po chwili zamknięto drzwi. Śledczy krzyknął „siadaj s.. s..”. Pytania od początku: imię, nazwisko, …, magazyny broni, siatka wywiadu, dywersja, kontakty, rozstrzeliwanie członków partii i ZMP. Odpowiedziałem, że o tym wszystkim nic nie wiem. Takich czynności nie prowadziłem. Owszem miałem dwa pistolety, ale gdy wyjeżdżałem do Krakowa oddałem je Michałowi Tofilskiemu. Nasze kontakty ograniczały się do spraw dotyczących organizacji. „Ty bandyto, to była banda” – wrzasnął śledczy. Zaczęła się obróbka. Z sąsiedniego pokoju przyszedł śledczy do pomocy. Myślałem, że mam wszystkie kości połamane. Z nosa lała mi się krew. Unosiłem twarz do góry, aby zahamować krew. Sądziłem, że obok znów kogoś przesłuchują, a ja stanowię eksponat pokazowy. Śledczy dalej krzyczał, wściekł się, aż toczył pianę z ust. „Młócił” mnie ile mógł. Myślałem, że tym razem już mnie zabiją. Wrzeszczał: chciałeś oderwać ziemie wschodnie od ZSRR. Strzelałeś do żołnierzy radzieckich, do członków PPR, AP, do pełnomocników i komisarzy reformy rolnej. Chciałeś wieszać ich na drzwiach. Siałeś wrogą propagandę, zaszczepiałeś wrogość do ZSRR, głosiłeś że on dokonał zbrodni katyńskiej na 14,5 tysiąca oficerów polskich, że dokonał wspólnie z Hitlerem rozbioru Polski i siedemnastego września 1939 roku wbił nóż w plecy armii polskiej, siałeś nienawiść do wszystkiego co ludowe, robotnicze i proletariackie. Wszystko, co się w Polsce wydarzyło to ja zrobiłem. Kiedykolwiek ktoś został zabity to ja zrobiłem. Oczywiście chęć obalenia ustroju i sojuszy też mi przypisywał. Oświadczyłem, że przyznaję się do prowadzenia propagandy, która miała na celu wyjaśnienie prawd historycznych, do chęci zmiany ustroju, ale wszystko inne jest mi nieznane. Nic o tym nie wiem. Nie mogę przyznać się do tego, czego nie popełniłem. Sądziłem, że on zgłupiał, ale dzisiaj z odległości czasu wiem, że była to jedna z metod śledczych. Prawie codziennie brano mnie na śledztwo, któremu codziennie towarzyszyło bicie, wycie i krzyki. Ubranie i buty, które miałem, podarto mi na strzępy. Była to już zima. Moja matka kierując się intuicją, uprosiła szefa UB o dostarczenie mi przyniesionego ubrania i butów. Bardzo się ucieszyłem, bo byłem prawie nagi. Na początku miesiąca grudnia przeniesiono mnie do innej celi. Tam siedziało kilku starszych panów. Jeden z Łańcuta, a trzech z Kuryłówki. Było też kilku młodych z organizacji „Orlęta” (Tadzio Fink, Józio Pelc i inni, których nazwisk nie pamiętam). Byłem załamany. Żal mi było tych młodych ludzi.. To ja wprowadziłem ich do organizacji, to ja byłem ich dowódcą. Nie chciałem nic mówić, żeby nie narażać ich na przesłuchania i bicia. Jeden ze starszych panów, były dowódca plutonu AK z zawodu nauczyciel, widząc moje duchowe załamanie powiedział mi, że jeżeli byłem dawniej ich dowódcą to i w tych warunkach muszę nim być. Te słowa przywróciły mi siłę i równowagę. Każdy dzień był szalejącym piekłem, dżunglą dzikich zwierząt. Każdy śledczy kąsał, szarpał, nigdy nie był syty. Miałem dziwne myśli. Porównywałem człowieka ze zwierzęciem. Zwierzę najbardziej dzikie, gdy jest syte staje się spokojne. Śledczy niby człowiek, syty, wypoczęty a zawsze gryzie, rozrywa człowieka na kawałki, zionie złością, nienawiścią. Chciałby zamordować wszystkich, którzy ośmiela się inaczej myśleć. Ta katorga przyczyniła się do utrwalenia przekonania, że droga nasza była słuszna, bo przecież priorytetowym założeniem naszej organizacji było wychowanie człowieka, szacunek jego godności, pomoc bliźniemu i szacunek jego pracy. Bicie i mordowanie dawało odwrotny skutek do zamierzeń funkcjonariuszy UB. Wolna, niepodległa, suwerenna Ojczyzna, o jakiej marzyliśmy, wymaga ofiar. Nic nie jest na świecie świętszego nad Ojczyznę.

Dowiedziałem się, że Michał Tofilski nie jest aresztowany. Sądziłem, że ktoś zdradził. Kiedy jak to się stało jeszcze nie wiedziałem. W swoich rozważaniach stawiałem za i przeciw, nie wykluczając prowokacji UB. Zdrajca na pewno dostał miskę soczewicy i trzydzieści srebrników.

Dowiedziałem się również, że Jasio Balawejder został ranny. Stało się to w czasie aresztowania. Prawdopodobnie nie żyje. Siedziałem w zamyśleniu, ogarnęła mnie wielka boleść. Był to mój najlepszy kolega. Jemu powierzałem specjalne zadania. Miałem do niego zaufanie. Pragnąłem, aby mnie zabili, a wszyscy byli zdrowi, żyli i wolni. Miałem, też nadzieję, że wszyscy powrócą do domu. Śledztwo toczyło się dalej utartym śladem i utartą metodą. Bicie, krzyki, łamanie kości, głód, upodlenie, poniewieranie godności i uczuć osoby ludzkiej. Zostałem przeniesiony do celi od strony podwórza. Cela była podobna do innych. Małe okienko pod sufitem, prycza, kibel i wiadro z wodą. W czasie deszczu krople wody spływały po ścianach na posadzkę. W celi spotkałem Michała Czarnotę, Józefa Borcza, Jana Kruka z Kuryłówki i dziadzia Rajzera z Łańcuta. Pan Rajzer był ojcem Zosi, która „siedziała” za przynależność do „WIN”. Był to miły i wesoły pan. Mimo podeszłego wieku i niesprawnej nogi żył młodością ducha. W czasie opowiadania o czasach okupacji i o tzw. wyzwoleniu, dodawał zawsze słowa nadziei (wolnej Polski). Spoglądałem na niego i dziwiłem się, skąd u tego człowieka tyle siły, nadziei, roztropności i miłości Ojczyzny. Kiedy powracał ze śledztwa był bardzo zbity, ledwie mówił, ale i wtedy nie opuszczała go nadzieja. Powtarzał: „Wy młodzi na pewno doczekacie wolnej Polski i ja też. Chodzić nie mogę, ale na wozie będę siedział o gonił ich wszystkich aż do Moskwy”. Nie doczekał kochany dziadzio, umarł.

Wigilię Bożego Narodzenia 1949 roku spędziłem w celi wśród wyżej wymienionych kolegów. Tego dnia, jak nigdy, klucznik z pomocą więźnia przyniósł dla każdego miskę barszczu i po trzy kartofle. Widzieliśmy, że w wiadrze pozostało dość dużo ziemniaków. Prosiliśmy żeby nam je dał, bo jesteśmy głodni. Klucznik polecił wysypać na pryczę resztę ziemniaków, dodając „No, macie s.. s..”. To była rzeczywiście wigilia. Ziemniaków wystarczyło każdemu do sytości. Jedliśmy je w całości, popijając barszczem. Tym razem głód został chwilowo zaspokojony. Jak zawsze przy takich okazjach wracają wspomnienia poprzednich wigilii, świąt spędzonych w domu wśród najbliższych. Słuchaliśmy opowieści dwunastu dań. Wszyscy obficie łykaliśmy ślinę już na samą myśl smacznego jedzenia.

W tej celi siedziałem do końca 1949 roku. Następnie przeniesiono mnie do innej, gdzie siedzieli ludzie z terenu Leżajska oraz „orlęta”: Wiesław i Kazimierz Szpunar, Ferdynand Rajzer i wielu innych. Siedział też Władysław Styś z Łańcuta, całkiem miły pan, całkowicie oddany sprawom Polski. Śledztwo toczyło się dalej, gnieciono palce u rąk i nóg, stukano linią w bok szyi i w przedramię rąk. Skutek był taki, że na drugi dzień nie można było skręcić szyi ani ruszać ręką. Któregoś dnia moją uwagę przykuło drapanie się po brzuchu. Drapali się wszyscy. Okazało się, że każdy z nas ma wszy. Rozebraliśmy się. Ilość wesz, jakie znaleźliśmy w naszych ubraniach wprawiła nas w osłupienie. Byliśmy wówczas pewni, że epidemia tyfusu jest nieunikniona. Jeden z nas miał w dodatku mundur niemiecki, którym schronienie znalazło tysiące, a może miliony wesz. Zgłosiliśmy klucznikowi stan rzeczy. Wysłuchał i odszedł. Po chwili powrócił i polecił rozebrać się całkowicie. Ubrania i bieliznę zaniesiono do pieca, by w wysokiej temperaturze zniszczyć wszystko co żyje. Ów piec stał na kołach, przypominając tym samym beczkowóz. Jeden dzień chodziliśmy jak Adam w raju. Przyniesiono nam proszek DDT. Posypaliśmy wszędzie włosy, posadzkę i prycze. Otrzymaliśmy naszą odzież. Znów nasiliły się przesłuchania, nastąpiła czarna noc. Przesłuchania trwały prawie bez przerwy. Zmieniali się tylko funkcjonariusze. Do celi przychodzili różni cywile. Widać było, że z jednostki nadrzędnej. Pytali o powód aresztowania i bili z wielką furią gdzie tylko mogli. Zapamiętałem jednego z krzywą ręką. Drugą, dobrą ręką, zadawał ciosy ze zdwojoną siłą. Był on z WUBP w Rzeszowie, prawdopodobnie pochodził z Trzebowniska. Będąc na wolności spotkałem go w Motozbycie w Rzeszowie. Był tam dyrektorem….

Często w nocy przychodzili pijani do celi, robili sobie z więźniów piłki. Wyżywali się nad biednym, słabym, głodnym więźniem. Żyję w przekonaniu, że wysokie pobory i awanse były efektem znęcania się nad nami. Dawano dowód znienawidzenia i niszczenia „wrogów ludu”. W tych ludziach nie było nic ludzkiego ani nawet zwierzęcego. Do jakiego gatunku żywych istot należeli do dzisiaj nie wiem, chociaż bardzo chciałem wiedzieć. „Przeorałem” całą biologię zwierząt, ptaków, gadów, płazów, lecz nie znalazłem podobnego gatunku. Dowiedziałem się, że w dzień wigilijny 1949 roku został aresztowany mój kolega Antoni Peszko z Kraczkowej. Był studentem drugiego roku Politechniki Krakowskiej na wydziale architektury. Wielu kolegów przewieziono do Rzeszowa lub przeniesiono do innych cel. Zostałem sam. Na początku lutego 1950 roku był wieczór taki jak inne. W celach cisza, przerywana przekleństwami funkcjonariuszy, lub jękiem rzuconego ze schodów po przesłuchaniu aresztowanego. Dowiedziałem się później, że ów dzień był świętem Matki Boskiej Gromniczej. Na zewnątrz był duży mróz. W pewnej chwili usłyszałem na korytarzu krzyki otwieranie drzwi do innych cel. W pewnym momencie otworzyły się także drzwi mojej celi, wpadł pchnięty człowiek, po chwili kilku, przerwa i jeszcze kilku. Cela zapełniła się. Stałem pod ścianą i z ciekawością patrzyłem na nowych przybyszy. W pierwszej chwili zachowywali się jak ptaki w klatce, które widzą swoją bezradność w otoczeniu przemocy. Zaczęli się rozglądać po słabo oświetlonej celi. Zauważyli mnie stojącego pod ścianą. Jeden spytał czy jestem aresztowany i jak długo siedzę. Odpowiedziałem, że już piąty miesiąc. Chwycili się za głowy, twierdząc że oni tak długo nie wytrzymają. Dzisiejsze przyjęcie świadczy, że ich zabiją. Drwiąc w duchu powiedziałem, że człowiek wiele wytrzyma. Jeden trzymał w ręku bochenek chleba i kiełbasę. Chwilę później zbliżył się do mnie podając chleb i kiełbasę, prosząc żebym wziął ile chcę. Zdawałem sobie sprawę z tego, że chleba mogę zjeść więcej, ale kiełbasy tylko kilka gramów. Sytość w tym przypadku oznaczałaby pewną śmierć. Gdy uspokoili się pytałem o przyczyny masowego aresztowania. Wyjaśnili mi, że są mieszkańcami wsi Wola Żarczycka. Zrobiono obławę na wzorach z czasów okupacji. Głównym poszukiwanym był Betka, członek AK w czasie okupacji. Po wejściu wojsk radzieckich był poszukiwany przez dowództwo frontu, a później przez władze polskie tzn. UB. Ukrywał się prawie sześć lat. UB zastosowało trik znany z czasów okupacji. Otoczyli wioskę i aresztowali wszystkich mężczyzn. Podejrzewali, że uda im się znaleźć tych, których poszukują jak i tych, którzy udzielają im pomocy. Każdy coś powie, a może się coś nowego. Udało się. Główny poszukiwany został schwytany, przywieziony i osadzony w celi po przeciwnej stronie korytarza mojej celi. Przed oczami mojej wyobraźni ukazały się obrazy wszystkich cierpień, jakie czekają tego człowieka. Poczułem napływ krwi do głowy i chwilowe zamroczenie. Stałem jeszcze długo i rozmyślałem, ilu ludzi chodzi jeszcze na wolności. Więzienia były przecież przepełnione.

Moje medytacje zostały przerwane zgrzytem klucza. Otworzyły się drzwi i z wielkim krzykiem wywoływano aresztowanych. Wśród tych krzyków było słychać ludzkie jęki i wzywanie Jezusa i Matki Bożej. Funkcjonariusze za nadrzędny cel postawili sobie zastraszenie aresztowanych. Tak też robili. Powracający do cel więźniowie nie pamiętali jak się nazywają. Jeden z nich po kilku dniach rozgadał się. Bardzo rozpaczał z powodu aresztowania, tydzień później miał odbyć się jego ślub i uczta weselna. Wszystko już było przygotowane. Nie wiem czy został zwolniony, czy może otrzymał wyrok. Nigdy już tego człowieka nie spotkałem. Po pewnym czasie wielu mężczyzn zostało zwolnionych, pozostałym sporządzono oskarżenie i wywieziono do Rzeszowa. Zostałem znów sam. Każda nadchodząca noc przynosiła widmo kalectwa lub śmierci z powodu nocnego przesłuchania lub odwiedzin w celi. Najczęściej byli pijani. Jeden drugiego chciał prześcignąć w sposobie bicia. Człowiek był rzucany niczym piłka od jednego do drugiego. Towarzyszyły temu dziki śmiech i jadowite syczenia oraz słowa wyciągnięte z kanałów i rynsztoków.

Pewnego dnia zabrano mnie z celi na hol budynku UB. Czekało na mnie dwóch funkcjonariuszy w mundurach, uzbrojonych w broń automatyczną. Wyprowadzono mnie z budynku. Leżał dość duży śnieg. Miałem podarte skarpety i porozrywane buty. Prowadzono mnie niczym boso. Przeszliśmy rynek, ulicę w kierunku zamku, Grunwaldzką na stację kolejową. Po chwili wsiedliśmy do pociągu. Znów polecili wszystkim odsunąć się tłumacząc, że wiozą bandytę. Jednak pasażerowie nie bardzo wierzyli moim konwojentom. Patrzyli na mnie ze współczuciem. Niektóre panie miały łzy w oczach. Wysiedliśmy na stacji w Rzeszowie. Zaprowadzono mnie na salę rozpraw sądu przy ul. 3-go Maja (dzisiejszy budynek delikatesów). Byłem świadkiem na rozprawie „orląt”. Tą samą drogą powróciliśmy na stację kolejową. Na stacji prosiłem do ubikacji. Poszli ze mną. Jeden z nich nie pozwolił zamknąć drzwi przez włożenie nogi. Po wyjściu postawili mnie pod ścianą. Jeden z nich odskoczył kilka kroków z bronią skierowaną do mnie. Drugi podciął mi nogi i przeprowadził szczegółową rewizję. Już nie pozwolono mi usiąść, ale trzymano w pewnym oddaleniu od ludzi. Przyjechał pociąg. Wsiedliśmy do wagonu. Był duży tłok. Jeden funkcjonariuszy chciał porozmawiać z jadącą młodą, piękną dziewczyną. Ona spojrzała z pogardą i odwróciła się. Ten wykrzywiając twarz usprawiedliwiał się koledze słownie. „Nie chce ta k….. rozmawiać, musi należeć do inteligencji. Przygadywali jeszcze inne, ale bez skutku, co bardzo podbudowało mnie. Był to dowód, że Polacy nienawidzą tych oprawców i całego ustroju. Społeczeństwo było z nami. W wagonie jechała mama Tadzia Finka. Dała mi bułki z kiełbasą, które zjadłem z wielkim smakiem. Nie chcieli pozwolić, odpychali ją, mimo to podała mi. Pamiętałem i pamiętam zawsze, byłem i jestem wdzięczny. Tak dojechaliśmy do stacji Łańcut. Prowadzono mnie ul. Grunwaldzką i przez Rynek. Jeszcze raz przypominałem sobie jak przed kilkoma miesiącami chodziłem tędy na spotkania organizacyjne. Każdy dom, każde drzewo to wspomnienia. Żyliśmy maksymą Mierz siły na zamiary, nie zamiar według sił”… „Bo gdzie się serca palą, tam cyrklem uniesień duch dobra powszechną skalą, a jedność większa od dwóch. Tak rozmyślając doszliśmy do drzwi budynku UB. Otworzyły się drzwi piekła. Wróciłem do celi. Śledztwo toczyło się dalej. Siedziałem na nodze taboretu robiłem przysiady i pompki aż do wyczerpania. Kiedy leżałem na podłodze śledczy podchodził, kopnął mnie kilka razy, polecił wstać i znów siadać na nodze. Około trzech tygodni męczono mnie żebym się przyznał do działalności za okupacji. W szczególności chodziło im o to, co robiłem w czasie trwania frontu Kraczkowa-Malawa. Twierdzono, że widziano mnie idącego a karabinem na plecach. Twierdziłem zawsze, że ten kto doniósł jest kłamcą. Ja nigdy nie należałem do AK i nie miałem karabinu. Wyczułem, że nie mają pewnych informacji. Ja zawsze mówiłem jednakowo. Odczułem także spadek nasilenia śledztwa, brano mnie, ale rzadko. Znalazłem się znów w celi, gdzie siedziałem w pierwszych dniach. Posadzka z odkrytym kanałem. Okazało się, że kanał biegł przez inne cele. Pewnego razu usłyszałem w kanale, że ktoś załatwia potrzebę fizjologiczną. Nachyliłem się i krzyknąłem „Halo!”. W odpowiedzi również usłyszałem „Halo”. Była to dziewczyna, Zosia Rajzer z Łańcuta, siedząca po przeciwnej stronie korytarza. Znałem ją. Była córką pana Rajzera, z którym wcześniej siedziałem w jednej celi. Od tej pory rozmawiałem sposobem wyżej podanym. Wyznaczaliśmy sobie randki. Mimo że rozmowa odbywała się kanałem w mojej wówczas sytuacji oceniałem ją jako najprzyjemniejszą. Przychodziły chwile refleksji. Oceniałem moją sytuację bardzo realnie. W świetle kodeksu karnego obowiązującego w PRL być może sąd wymierzy mi najwyższy wymiar kary. Szkoda zmarnowanego życia, ale jeżeli przyczyni się to do tego, aby inni żyli w wolnej, niepodległej, suwerennej i sprawiedliwej Polsce to człowiekowi lżej na duchu. Moje dwadzieścia dwa lata życia byłem gotów złożyć w ofierze. Byłem kawalerem, nie miałem żony i dzieci. Rodzice i rodzeństwo, których bardzo kocham, będą rozpaczać, ale jednocześnie wiem, rozumieją, że tak trzeba. Ojciec mój w I wojnę światową był ochotnikiem w armii Hallera. Porzucił zarobek a Ameryce, bo Haller wołał, że ojczyzna w niebezpieczeństwie. Bronił Ojczyzny w 1920 roku. Nie zarobił pieniędzy w Ameryce. Po wojnie powrócił biedny do domu. Ci zaś, którzy stawiali bogactwo ponad ojczyznę powrócili niedługo później już do Polski w pełni korzystając ze swego bogactwa. Jestem przekonany, ojciec mój był naprawdę patriotą. Kochał nade wszystko Ojczyznę. Wiem, że przyznaje mi rację. On też uczyniłby to samo.

Około połowy marca 1950 roku wezwał mnie śledczy, aby poinformować, że śledztwo się zakończyło. W krótkim czasie odbędzie się rozprawa sądowa. Oświadczyli mi również, że przysługuje mi prawo mieć obrońcę. Mogę mieć z urzędu lub z wyboru. Jeśli zdecyduję się na obrońcę z urzędu to UB wszystko załatwi. Zgodziłem się na obrońcę z urzędu. Wiedziałem, że żaden obrońca na rozprawie natury politycznej nie będzie bronił oskarżonego. W rozumieniu sądu na takim procesie obrońca powinien pomóc sądowi w udowodnieniu winy. W owym czasie obrońca bał się bardziej niż sam oskarżony. Przemówienie obrońcy ograniczyło się do kilku słów „Wysoki sadzie, mój klient uległ namowie, proszę o sprawiedliwy wymiar kary” Albo „Wysoki sądzie, ze względu na młody wiek mojego klienta proszę o najniższy wymiar kary”. Tak stosowana linia obrony, znana mi dotychczas jedynie z opowiadań, potwierdziła się na mojej i kolegów rozprawie.

Dnia 20 marca 1950 roku rano było słychać wielki ruch. Sądziłem, że znów była łapanka, musieli schwytać dużo ludzi, „winny, nie winny”, ale gdy ma się „ludzi” winnego łatwo znaleźć. Przy stosowanej metodzie śledztwa delikwent przyznawał się, że napisał Pana Tadeusza, obalił rewolucję francuską, hiszpańską, zabił ojca i matkę, chociaż żyją i cieszą się zdrowiem. Aresztowani przyznawali się do dokonań, których nigdy nie wykonali. UB i sąd zadowalali się tym, że za dane przestępstwo ktoś siedzi, obojętnie czy jest to ten, który to zrobił czy też nie. Sprawa została odfajkowana. Statystycznie rosła wykrywalność rzekomych przestępstw. Skazywano tysiące ludzi na śmierć. Po zmianie ekip rządu, komitetu centralnego rehabilitowano, ale życia nie zwrócono, a cierpienia rodziny pozostały. O Boże, ile wylało się niewinnej polskiej krwi i dalej się leje. Dawniej czynił to obcy, dzisiaj aby przypodobać się mocodawcom czynią to Polacy. Brat zabija brata. O Boże, „skrusz ten miecz, co siecze nasz kraj”.

Do mojej celi wszedł klucznik, przyniósł wiadro z wodą, szczoteczkę i pastę, polecił, abym się umył, buty wyczyścił i czekał. Wyprowadzono mnie na hol gdzie stali już koledzy: Janek Michno, Edziu Rejman, Wiesiu Szpunar, Fredziu Razjer, Broniu Kulka, Jasiu Magoń. Obok stało wielu funkcjonariuszy w mundurach i cywilnych ubraniach. Stali także milicjanci. Wszyscy czekali na rozkaz.

Po pewnym czasie przyszedł funkcjonariusz. Wszyscy zwrócili na niego uwagę. To na niego wszyscy czekali. Oświadczył nam, że dzisiaj odbędzie się nasza rozprawa. Należy iść i zachowywać się spokojnie, gdyż wrócimy was do urzędu, a jak będzie to wiecie. Dowódcy kordonu polecił prowadzić. Dowódca oświadczył żeby nie uciekać, bo ze spodni będzie sito. Odbezpieczyli pistolety i broń maszynową. Nam kazali wychodzić. Stanęliśmy na chodniku. Ustawili nas dwójkami. Kordon otoczył nas ze wszystkich stron. Liczebnie było ich kilka razy więcej niż nas. Na nasz widok ludzie zatrzymywali się, inni chcieli podać nam chleba, ale byli popychani i odpędzani. Grozili użyciem broni. Jedni celowali lufy na nas inni na przechodniów. Jeśli się nie mylę to w pobliżu rynku przy ulicy Danielewicza stał budynek posiadający duża salę zwaną „Gwiazdą”. Tam nas prowadzono. W pobliżu budynku na ulicy i na placach stała ogromna liczba młodzieży z poszczególnych szkół. Na ścianach budynku i słupach widać było głośniki. Rozprawa miała być jak najbardziej otwarta. W sali również było moc młodzieży, nasi rodzice, rodzeństwo, koledzy i koleżanki. Tam zajęliśmy miejsca nam wyznaczone. Przyszedł do mnie starszy pan, przedstawił się jako Kowalski. Powiedział, że jest moim obrońcą na prośbę rodziców. Pozwoliłem mu mnie bronić. Poprosił o akt oskarżenia. W sprawie obrony wyjaśnił jedynie, że jeśli sąd będzie się pytał czy przyznaję się do winy, mam odpowiedzieć, że tylko częściowo. Tyle rozmawiałem z moim obrońcą. Przeprosił i odszedł na ławę wyznaczoną dla obrońców. Nie pocieszył mnie ten wybór, byłem pewien, że to nic nie pomoże. Ponadto nic o mnie nie wiedział i o co mnie oskarżają. Akt oskarżenia wziął przecież ode mnie na kilka minut przed rozprawą. Jestem pewien, że nawet go nie przeczytał z braku czasu. Usłyszeliśmy głos woźnego, który wypowiedział sakramentalne słowa „Wstać. Sąd idzie!”. Przewodniczący sądu w randze kapitana oznajmił, że rozprawa będzie przeprowadzona przez Rejonowy Sąd Wojskowy w Rzeszowie na sesji wyjazdowej w Łańcucie. Sąd w składzie: przewodniczący kapitan Wyszkiewicz Józef, pierwszy ławnik st. sierżant Bogiński Aleksander, drugi ławnik saper Hurla Władysław. Był także protokolant oraz prokurator w charakterze oskarżyciela publicznego. Zgodnie z przyjętą procedurą sędzia poinformował przeciwko komu odbędzie się rozprawa i jakich dopuszczono się przestępstw. Znamiona przestępstw zostały podporządkowane kodeksowi karnemu wojska polskiego. Według tego kodeksu wszyscy oskarżeni będą sądzeni z artykułu.86 KKWP par.§2 oraz innych wśród, których znalazł się za posiadanie broni art.4 KKWP, propagandę, dywersję. Artykuł 86 KKWP określa kto należy do nielegalnej organizacji mającej na celu obalenie ustroju państwa polskiego, ten podlega karze więzienia od lat 5 do kary śmierci. Sędzia radził, aby na pytania sądu odpowiadać zgodnie z prawdą. Udowodnione kłamstwo może przyczynić się do wymierzenia ostrzejszego wymiaru kary. Jeżeli odpowiedź na pytanie obciąża oskarżonego, ten może wstrzymać się od odpowiedzi. Oskarżonemu przysługuje obrona, a sąd jest od tego by udowodnił przestępstwo. Przewodniczący sądu oddał głos prokuratorowi.

Wysoki sądzie. Tu na ławie oskarżonych siedzą młodzi ludzie, a równocześnie wykolejeńcy, którzy podnieśli rękę na Polskę Rzeczpospolitą Ludową. Ręka ta zostanie zmiażdżona karzącą sprawiedliwością ludową. Ci wykolejeńcy, odszczepieńcy zostaną ukarani całą surowością prawa. Tym surowiej, że władza ludowa dała im możliwość kształcenia się, korzystania ze wszystkich zdobyczy ludu, a oni chcieli ten ustrój obalić. Organizowali struktury militarne i dywersyjne, aby w odpowiedniej chwili odwrócić bieg historii, przywrócić ustrój kapitalistyczny. Ten margines zdeprawował dziesiątki młodych ludzi, wsączył im jad nienawiści do władzy ludowej i ZSRR. Oni to chcieli podważyć obowiązujący stan prawny granic państw Europy w rozumieniu układu w Jałcie i Poczdamie. Chcieli oderwać od ZSRR część Ukrainy, Białorusi i Litwy, czego dowodem są kryptonimy placówek jak: Lwów, Tarnopol, Wilno itp.. Należy ukarać wszystkich, odizolować na długi czas ku przestrodze tych, którzy mają jeszcze zakusy wejść na podobną jeszcze drogę. Ręka sprawiedliwości ludowej jest ciężka surowa i ostro każąca. Nie ma i nie będzie pobłażania dla tych, którzy burzą lub chcą burzyć dzisiejszą rzeczywistość. Tego domaga się społeczeństwo, które własną krwią utrwaliło władzę ludową i tego domaga się klasa robotnicza złączona braterskim sojuszem z ZSRR i krajami demokracji ludowej. Proszę o wysokie kary.”

Następnie przewodniczący sądu przystąpił do przesłuchania. Pierwszym byłem ja /Machowski Ludwik/. Zapytano mnie czy dobrze pamiętam akt oskarżenia. Odpowiedziałem „słabo. Śledczy czytał, ale ja wiele nie rozumiałem, o co chodzi.” Akt oskarżenia podpisałem, bo mnie zmuszono biciem. Przewodniczący przeczytał akt oskarżenia. Dowiedziałem się, że byłem bandytą, dywersantem, łotrem i zdrajcą Ojczyzny, wyrzutkiem i odszczepieńcem. Władza ludowa dała mi możliwość nauki, pracy i wypoczynku. Ja nie doceniłem tego. Dzięki ZSRR i władzy ludowej żyjemy i jesteśmy wolni. Ja syn małorolnego chłopa winien mieć dozgonną wdzięczność, miłość do ZSRR i naszej władzy. Dowiedziałem się również, że szkalowałem wielkiego wodza narodów, generalissimusa Stalina, nazywając go katem narodów, mordercą dziesiątek milionów ludzi, / gdzie dosięgła tylko ręka władzy radzieckiej, tam też została zdeptana wolność narodowa, jednostki i sumienia /. Posiadana broń miała być użyta przeciwko władzy ludowej i jej sojusznikom. Dowiedziałem się również, że działalność „organizacji orlęta” godziła w sojusze. Ośmieszałem w mowie i piśmie władzę ludową i ZSRR. Atakowano mnie a ja nie umiałem się bronić. Sędzia i oskarżyciel mówili co tylko chcieli, uzasadniając, że jest to prawdziwe. Stałem bezradny. Zresztą każda obrona na nic by się przydała. Sędzia obciążył mnie i całą organizację za przygotowanie wyroków śmierci na czołowych działaczy ZMP i partii PZPR. Pierwsze wyroki miały być wykonane w Łańcucie. Odpowiedziałem, że o tym nic mi nie wiadomo. Program nasz nie dopuszczał i nie posiadał programu likwidacji przeciwników politycznych. Nie dano mi wiary. Obciążono mnie za dywersję w szeregach ZMP. Jako dowód sędzia przedstawił moją pozycję ZMP. Byłem sekretarzem. Wielu sądzonych kolegów piastowało kierownicze stanowiska w ZMP lub też byli jej szeregowymi członkami. Na tym odcinku odnieśliśmy nawet sukces. Obciążano mnie za wrogą propagandę przeciwko władzy ludowej i ZSRR. Mój obrońca, pan mecenas Kowalski, bardzo wysilił się w swojej mowie: „Wysoki sądzie. Prawdą jest, że mój klient dopuścił się przestępstw wyszczególnionych w akcie oskarżenia, lecz z powodu młodego wieku proszę o najniższy wymiar kary”. Był to pierwszy i ostatni głos mojego obrońcy w czasie przewodu sądowego. Sądziłem, że mój wyrok będzie najwyższy – kara śmierci.

W czasie okupacji i po tzw. wyzwoleniu, setki tysięcy młodych ludzi oddało swoje życie ojczyźnie. Należeliśmy do olbrzymiej armii walczącej o wolność, do tych którzy przejmowali z ręki do ręki „wici” pokoju i woli walki aż do zwycięstwa.

Odpowiadali wszyscy pojedynczo z siedmioosobowej grupy. Stawiane pytania były podobne. Odpowiedzi były bardzo krótkie i nie wyjaśniały niczego. Wszyscy z tej grupy uważani byli za trzon placówki „Lwów”. Rozprawa trwała trzy dni od 20 do 23 marca. Przesłuchiwani byli również świadkowie. Koronnym świadkiem był założyciel i naczelny komendant „Orląt” Mandecki Stanisław. Z naszych wyjaśnień trudno było odtworzyć strukturę i cel „Orląt”. On punkt po punkcie wyjaśniał wszystko. Powiedział, że jest uczniem liceum ogólnokształcącego i jedyna jego rodzina to matka. Założył wraz z kolegami nielegalną organizację pod nazwą „Orlęta”. Była to organizacja wojskowa i wychowawcza. Jak „Orlęta” w pierwszą wojnę u progu niepodległości broniły Lwowa, tak dzisiaj zachodzi potrzeba bronienia wolności i niepodległości. Kryptonimy placówek miały przypominać, iż miasta i ziemie te wchodziły w skład dawnej Rzeczpospolitej. Nigdy nie należały do Rosji. Obywatele tych ziem wspólnie z Polakami walczyli przeciw Niemcom o wolność i niepodległość. Sugerował, że same narody powinny wyznaczyć pomiędzy sobą granice. Zapytany kto pomagał mu najwięcej w sprawach organizacyjnych odpowiedział, że matka. Była z zawodu nauczycielką. W domu posiadał maszynę do pisania. Jego matka pisała wydane przez niego rozkazy i informacje. Obecnie jest aresztowana. Zapytany czy w planie działalności były napady na jednostki państwowe celem zdobycia pieniędzy, oświadczył, ze nie, ale w pewnych przypadkach dopuszczalne. Takimi wypadkami mógł być zakup broni i papieru. /Osobiście zawsze uważałem, że pieniądze na ten cel powinny pochodzić z własnych oszczędności i składanych ofiar sympatyków. Jak już wcześniej wyjaśniałem wydałem rozkaz zabraniający wszelkich napadów. Tak też było w całym okresie pełnienia mojej funkcji komendanta. Byłem przekonany, że wszelkie próby zdobycia pieniędzy drogą napadów zdeprawowałoby młode charaktery. Winniśmy wychowywać młode, mężne kadry, oddane Bogu i Ojczyźnie, spełniające w codziennym życiu to co nakazuje prawo harcerskie. Po moim wyjeździe do Krakowa stało się inaczej./ Przewodniczący sądu zapytał Mandeckiego, czy akceptował ostatni napad na kasę skupu żywca GS wsi Czarnej koło Łańcuta. Odpowiedział, że tak. Tego aktu dokonali trzej koledzy: Balawejder Jan, Kulka Bronisław, Michno Jan. Dostali rozkaz od Michała Tofilskiego łącznie z planem wykonania. Rozkaz wykonali. Do domu dojechali jedynie Micho i Kulka. Balawejder miał odciętą drogę przez blokadę UB i milicji. Podczas próby przejścia przez blokadę został postrzelony serią automatu w brzuch. Przewieźli go do Rzeszowa. Wszystko przemawia za tym, że była to prowokacja przygotowana przez zdrajcę. Był to sygnał do aresztowania „Orląt”. Być może i inni brali w tym udział, myślę, że historia ich pokaże. Wykorzystano bezgranicznie oddane sprawie młode serca. Na tę okoliczność przesłuchiwani byli świadkowie. Często jedno wydarzenie widziane przez kilku ludzi było opisywane również w kilku niespójnych wersjach. Co ciekawsze każdy z nich był przekonany, że ma całkowitą rację. Po zakończeniu przewodu sądowego zabrał głos prokurator. Jeszcze raz każdemu z nas przeczytał sprawy ujęte w akcie oskarżenia. Rzucał gromy na wszystkich członków organizacji. Nie folgował, podobnie jak na wstępie w mowie oskarżycielskiej. Domagał się kary więzienia od pięciu do piętnastu lat więzienia oraz ograniczenia praw publicznych, obywatelskich i honorowych na pięć lat. Dla mnie domagał się piętnastu lat więzienia i pięć lat ograniczenia praw publicznych. Dla pozostałych od pięciu do dziesięciu i ograniczenia praw. Sąd udał się na naradę. Po krótkim czasie powrócił. Analizował kolejno poszczególne sprawy podciągnięte pod poszczególne artykuły i paragrafy KKWP oraz uzasadnił wysokość kary. Według poszczególnych lat dostałem karę osiemdziesięciu sześciu lat. Łączny wymiar kary jaki mi wymierzono to dziesięć lat pozbawienia wolności oraz pozbawienia praw obywatelskich, publicznych i honorowych na lat pięć. Mandecki Stanisław został skazany na dwanaście lat pozbawienia wolności oraz pozbawienia praw na pięć lat. Pozostałym kolegom sąd wymierzył kary od pięciu do ośmiu lat pozbawienia wolności i pięć lat praw publicznych, obywatelskich i honorowych. Tak zakończyła się rozprawa pieczołowicie sterowana przez UB, wszystko odbyło się zgodnie z ówczesnym scenariuszem rozpraw politycznych. Urząd Bezpieczeństwa znów święcił swoje zwycięstwo w przekonaniu wszechwładzy i siły likwidującej każdego wroga Polski Ludowej.

Przed nami padło wiele podziemnych struktur pozostałych z czasów okupacji jak i tych powstałych po1944 roku. Czy oni byli wrogami? Na pewno Nie! Ach jakie tragiczne dziejowe nieporozumienie. Tak oni jak i my chcieliśmy wolnej, niepodległej, suwerennej Ojczyzny, Polski wolnej od obcej ingerencji. A ci, którzy zostali straceni wyrokami sądów, czy byli wrogami? Chcieli tego co wszyscy Polacy. Czy ich ofiara pozostanie w pamięci pokoleń? Część z nich została zrehabilitowana, ale to nie przywróciło im życia, a dzieciom ojców i matek, mężów żonom, żon mężom, matkom córek i synów. Ach, jaka to straszna pomyłka. Czy zawsze Polacy muszą płacić tą miarą za godność i wolność?

Sąd zezwolił na rozmowę z rodziną i znajomymi. Uścisków i pocałunków było wiele. Dostałem wiele upominków, cukierki, czekolady, owoce itp.. Otrzymałem czekoladę od młodej uczennicy Liceum Ekonomicznego w Łańcucie, córki bardzo znanych i zacnych ludzi, dla których zawsze miałem wielki szacunek. Wówczas nie wiedziałem i nawet o tym nie myślałem, że ta młoda panienka będzie kiedyś w przyszłości moją żoną.

Przerwano spotkanie. Pożegnaliśmy się. Powróciła czarna rzeczywistość. Zaprowadzono nas znowu do PUBP w Łańcucie. Zgrupowano nas w jednej celi. Rozmawialiśmy o rozprawie, znajomych, dawnych latach i nieznanej przyszłości. Śpiewaliśmy pieśni partyzanckie i więzienne.

Przed nami wróg czerwoną gwiazdą świeci, na naszą Polskę dzikie hordy gna, a nasza pieśń jak biały orzeł wzleci od fal Bałtyku po śnieżne szczyty Tatr itd.”

Grom wichrów, błyskawic szaleje. Na dworze śnieżna zawierucha, pod kratą straż czuwa – automatów rząd, na celi zapadła noc głucha…”

Po pewnym czasie otworzyły się drzwi. Zaprowadzono nas na podwórze. Tam stał samochód więźniarka. Polecono nam wejść do środka. Była to buda bez okien, pod sufitem świeciła się mała żarówka. Całość pomieszczenia była podzielona kratą. Zainstalowana krata była w odległości może jednego metra od drzwi wejściowych. W kracie były drzwi, którymi przeszliśmy do większego pomieszczenia. Po wejściu zamknięto drzwi kraty oraz drzwi zewnętrzne więźniarki. Za kratą od strony drzwi siedzieli konwojenci z bronią w ręku. Było okropnie duszno. Słabsi prawie mdleli. Ku naszemu szczęściu podróż trwała krótko. Wysadzono nas na osławionym dziedzińcu WUBP w Rzeszowie. Zaprowadzono nas do celi w piwnicach UB przy ulicy Jagiellońskiej, gdzie już kiedyś siedziałem / po aresztowaniu w Krakowie /. Do celi przychodzili różni funkcjonariusze. Każdy chciał popisać się sadyzmem i stekiem plugawych wyzwisk oraz zapowiedzią powolnego konania. Pewien kapitan, spytał, który z nas był komendantem w Łańcucie. Odpowiedziałem: „Ja”. Usłyszałem w odpowiedzi: „No cóż, dobre masz mieszkanie? Ty piep… sk…. h….. zaj…., w ciągu dziesięciu lat zginiesz tu, już nigdy nie zobaczysz słońca, zostaną z ciebie tylko kości. My się o to tu postaramy. Ja ci to h… przyrzekam”. Przeżyliśmy już wiele, a mimo to co usłyszeliśmy przeraziło nas. Spodziewaliśmy się wszystkiego najgorszego. Wszyscy pogrążyliśmy się w zadumie. Niedługo później znów nas wyprowadzono na dziedziniec. Przewieziono nas więźniarką do więzienia w Zamku Lubomirskich w Rzeszowie. Otwarła się przed nami nowa karta, na której był zakodowany nieznany przyszły los, pełen tajemnic i tragedii każdego z nas. Zaprowadzono nas do komory. Tam zdaliśmy walizki, teczki itp. Przeprowadzono nas do celi zwanej „przejściówką”. Weszliśmy grupą i chyba tylko dlatego uniknęliśmy wielu przykrych niespodzianek ze strony komendanta celi i jego zastępcy. Nie czepiali się nas, bo wiedzieli, że odpowiemy jeszcze większym gwałtem. Przeszliśmy kazamaty UB, nie daliśmy się nabrać. Byliśmy gotowi zastosować gwałt za gwałt, nawet ukarać śmiałka śmiercią. Opowiadali nam starsi więźniowie, że ci na „przejściówce” to osławieni bandyci. Komendantem przejściówki był Janeczek lub Janeczko /nie pamiętam już dokładnie/. Byliśmy tam jeden dzień. Później zostaliśmy rozprowadzeni do różnych cel. Ja i kilku kolegów min. Edziu Rejman, Jasio Michno zostaliśmy zaprowadzeni do celi na pierwszym piętrze. Byłą to duża sala. Mieszkało w niej pięćdziesiąt osób. Ludzie Ci czekali na rozprawę albo na wyjazd do więzień centralnych.

My należeliśmy do tych drugich. Byli to w większości więźniowie polityczni, nazywani przez władzę „bandytami”. Tu traktowaliśmy się nawzajem po przyjacielsku, bez osławionych praktyk złodziejskich. Wszystkich przyprowadziła tutaj ta sama ręka władzy ludowej z nakazu obowiązującej dyktatury proletariatu. Walec tej dyktatury miażdżył wszystkich, którzy odważyli się myśleć inaczej. Zajmowałem miejsce pod oknem. Staliśmy i spoglądaliśmy na wszystkich, oni na nas. Były to prawie cienie ludzkie. Wygłodzeni, obdarci, chorzy, zmasakrowani. Mieli odbite tkanki, uszkodzone nerki, żołądki, szczęki, uszy itp. Przypomniał mi się wówczas werset z męki Pańskiej. „Kiedy Chrystus po biczowaniu został przyprowadzony przed Piłata ten powiedział: „Oto człowiek” ”. Tu w więzieniu mogłem powiedzieć „Oto ludzie”. Zauważyłem, że niektórzy z nich mają chleb. Poprosiłem o kawałek. Odpowiedział, że mogę sobie wziąć i jeść, bo jemu zostaje. Dostaje paczki. Chwyciłem kawałek chleba i jadłem do sytości. Moi koledzy dostali chleb od innych. Chleb przypominał kawałek cegły. Był czarny i zbity, ale smakował. Pierwszy raz od sześciu miesięcy najadłem się do sytości. Byłem głodny jak wilk. Nie odczuwałem smaku. Chodziło tylko o zaspokojenie głodu. Później i ja dostałem paczkę od rodziców. Zostałem, wezwany na korytarz, gdzie wydawano paczki. Przysłano mi chleb tłuszcz i cebulę. Wydający pokroił wszystko na małe kawałki i oddał wymieszane jak groch z kapustą. Mimo to byłem bardzo zadowolony. Byli tacy, którzy nie mieli paczek, więc dzieliliśmy się z nimi. Jeden raz w miesiącu można było otrzymać paczkę o wadze do dwóch kilogramów. Dostałem dwie paczki. Już nas nikt nie przesłuchiwał. Raz na kilka dni wyprowadzano nas na spacer. Raz w miesiącu można było napisać jeden list. Wszystkie listy przychodzące i wychodzące były cenzurowane. Za zezwoleniem prokuratury można było uzyskać widzenie. O to musiała się starać osoba na wolności. Obcym nie chciano dawać zezwoleń na widzenie z więźniem. Ludzie bali się. Rodzina dostawała zezwolenia na widzenie, ale dopiero po rozprawie. W czasie śledztwa człowiek był odizolowany. Często nie wiadomo było, co się stało z człowiekiem, czy może przepadł bez wieści. Chodzono, pytano, błagano, ale nikt nie powiedział, że dany więzień siedzi w danym więzieniu. W Rzeszowie na dziedzińcu stał barak przeznaczony na widzenia. Wnętrze baraku było podzielone na trzy części oddzielone siatką. Część od strony więzienia była przeznaczona dla przyprowadzanych więźniów, część od strony zachodniej dla odwiedzających, a część środkowa dla strażników. Oczywiście strażnicy byli we wszystkich trzech częściach. Ich zadaniem było patrzeć i słuchać. Odległość siatek między więźniem a odwiedzającym wynosiła około trzech metrów. W takiej odległości toczyła się rozmowa. Jednocześnie wpuszczano kilku odwiedzających i więźniów. Każdy chciał być słyszany, więc krzyczał tak głośno na ile miał sił. Powstawał jeden ogromny wrzask. Postało się i popatrzyło na odwiedzającego, bo mówienie i tak nic nie dawało. Nikt w tej sytuacji nic nie rozumiał. Wydaje się, że władze dobrze o tym wiedziały, ale nie zmieniały. Był to jeden ze sposobów maltretowania więźnia. Nic nie wiedział zarówno przed jak i po widzeniu. Całe dnie upływały na rozmyślaniu o minionym czasie lub na rozmowach z ciekawymi ludźmi. Byli to zarówno ludzie starsi jak i młodzi z dawnych grup AK, NSZ, WIN itp.. Byli osądzeni za danie jedzenia ludziom ukrywającym się, za danie pokoju na spoczynek, za posiadanie broni, za tzw. szeptuchę, ktoś powiedział, że ten stan rzeczy już długo nie potrwa, albo że w Polsce „Ruski” rządzą, lub za kawał polityczny, czy też za krytykę rosyjskich samochodów: „ZIS piać, z góry jechać, pod górę pchać”. Pomoc ludziom ukrywającym i szeptucha były ostro karane. Za te sprawy ludzie mieli wyroki po pięć, osiem, piętnaście lat więzienia. Tu koledzy wyjaśnili mi bieg wydarzeń prze aresztowaniem. Miałem dowód na to, że ktoś nas celowo doprowadził do tragedii. Może wydał rozkaz napadu na kasę skupu GS w Czarnej koło Łańcuta, żeby społeczeństwo uważało nas za bandytów i wyrzutków. Ten czyn miał być sygnałem do aresztowania. Zawsze tak czyniono, przed aresztowaniem grupy czy jednostki, oblepiano ich błotem, gnojem, propaganda starała się wykazać, że są to ludzie, którzy dla własnych zysków kradną i zabijają! Są tylko pospolitymi bandytami. Jak już wcześniej pisałem Janowi Balawejder zagrodzono drogę. Strzelał z posiadanych pistoletów, ale nie utorował sobie drogi. Został ranny w brzuch serią z karabinu maszynowego. Rannego przewieziono do Polikliniki WUBP w Rzeszowie. W tej celi spotkałem naocznego świadka jego śmierci. Na salę, w której leżał świadek, na początku października 1949 roku przywieziono młodego człowieka, ciężko rannego w brzuch. Jak opowiadał był to wysoki blondyn i prawie nieprzytomny. Lekarze stwierdzili uszkodzenie żołądka i jelit. Przeprowadzili operację. Kiedy chwilami wracała mu świadomość, bardzo szybko pojawiali się funkcjonariusze UB. Nic nie chciał mówić, stosowali więc tortury. Istniejące cierpienia powiększali naciskając bolesną jamę brzuszną. Bał się tego, że może powiedzieć coś, o czym jeszcze nie wiedzą. Sądzę, że nie wiedział o masowych aresztowaniach. Jednego dnia po wyjściu pracowników UB stopniowo zbliżał się do brzegu łóżka, by po chwili spaść na podłogę. Nie przeżył tego upadku. Myślę, że swoją ofiarą chciał uratować innych i jednocześnie skrócić sobie cierpienia. Kolega i bohater poświęcił życie, bo kochał nade wszystko Ojczyznę, kolegów i wolność. Po tym opowiadaniu serce mi zamarło. Wiedziałem już wcześniej, że był ranny, ale także miałem nadzieję, że szybko powrócił do zdrowia. Siedziałem pod ścianą i oczyma duszy patrzyłem na zawsze energicznego Jasia, młodego pełnego życia chłopca. Był moją prawą ręką do wszelkich zadań. To ja wprowadziłem go do organizacji „Orlęta”. Jego serce przepełnione było radością z przyszłej wolności. Jego serce biło żarem do wszystkiego co polskie i ojczyste, a miał na myśli mowę polską, tradycję, tożsamość narodową, kulturę, historię, nasze wzloty i upadki, powstania narodowe i ziemię ojczystą. Znów ujrzałem Jasia jak na taśmie magnetowidu, widziałem jak składał przysięgę na wierność organizacji powtarzając ostanie słowa „Tak mi dopomóż Bóg, Święty Krzyż i niewinna męka Syna Bożego”. Ileż to wówczas mieliśmy nadziei. My silni, młodzi wypowiadaliśmy walkę ówczesnemu światu. Bliska była nam oda do młodości Adama Mickiewicza: „Dalej bryło z pasad świata, nowymi cię pchniemy tory, aż opleśniałej zbywszy się kory zielone przypomnisz lata”. A dzisiaj? Padliśmy pod toporem przemocy. Czy to wszystko skończone? Mam nadzieję, że nie. My jesteśmy już „zmiażdżeni”, ale daliśmy sygnał, którego głos usłyszą nowe pokolenia. One podejmą walkę o wolność i suwerenność.

O wielu z nas /z organizacji/ nic nie wiedzieliśmy. Nikt ich nie widział i nie słyszał o nich. Pytałem się o Michała Kunysza z Kraczkowej. Wiadomo było, że wyjechał na studia do Krakowa. Wszyscy zapytani twierdzili, że nie był sądzony. Byłem przekonany, że uniknął aresztowania. Jeśli tak, to gdzieś musi się ukrywać, co wówczas oznaczało nie mniejszą katorgę niż więzienie. Współczułem mu, był to dobry, wiernie trzymający się zasad chłopak. Osobiście nie miałem z nim wielu spotkań służbowych, ale Antoś Peszko opisywał jego osobę jako godną uwagi i polecał wykorzystanie jego zdolności w sztabie placówki. Nic więcej na jego temat się nie dowiedziałem.

Spotkałem też więźniów przywiezionych z więzienia centralnego we Wronkach do ponownego przesłuchania. Przy okazji dowiedziałem się, co nas czeka we Wronkach. Wszystkiego doświadczyliśmy później sami, bo wielu z nas tam umieszczono. We Wronkach podobnie jak za czasów okupacji i w obozach koncentracyjnych istnieją brygady „kapo”. Byli to więźniowie, którzy za obietnicę skrócenia wyroku, lepszego jedzenia, odzieży, pozostawienie włosów itp. współpracowali ze służbą więzienną. Po przyjeździe transportu więźniów i ulokowaniu ich w celach, „Kapo” szedł z oddziałowym, brał więźnia do celi, gdzie zaczynało się badanie podobne do tego w UB. Kilku takich zbirów biło i łamało kości więźnia, mówiąc ty „sk… s…. Na UB nie przyznałeś się wszystkiego ale tu powiesz wszystko. My mamy doświadczenie. Wiemy, gdzie nacisnąć, abyś wszystko mówił”. Wiele o nich opowiadano jak się znęcają na bezbronnym człowieku. Takie badania często były przyczyną śmierci. Nasza przyszłość malowała się w czarnych kolorach. Oczekiwanie na transport urozmaicone było zmianą celi. Tym razem znalazłem się na parterze w dawnej celi śmierci. Wówczas cela śmierci była obok. Przebywało tam dwadzieścia do trzydziestu osób. Noce były niespokojne, wypełnione odgłosem otwieranych drzwi i krzykami. Każdy, który otrzymywał karę śmierci już nigdy nie powracał do swojej dawnej celi, ale prosto z sądu był przewożony do celi śmierci. Tak było codziennie. Jednych rozstrzeliwano, drugich przyprowadzano by podzielili los pierwszych. Był to miesiąc maj 1950 roku. Już pięć lat we wszystkich wyznaczonych więzieniach rozstrzeliwano Polaków. Statystyki podają, że w czasie okupacji Niemcy zamordowali 6 milionów Polaków, ale nie mówią nic o liczbie osób skazanych na śmierć po tzw. wyzwoleniu. Przerażające jest to, że wszystko robi się w imieniu Rzeczypospolitej Ludowej. Setki tysięcy Polaków zginęło na polskiej ziemi, bo ją ukochali i jej bronili. Czy wciąż musi się lać krew? Może jest nas jeszcze za dużo? Może dlatego, że Polacy myślą i dlatego są niebezpieczni? Może chcą praw człowieka? Pękało serce na ten widok. Płynęła dalej pieśń śmierci „Z dymem pożarów, kurzem krwi bratniej”. Cisnęła się na usta modlitwa „O Boże skrusz ten miecz, co siecze nasz kraj, do wolnej Polski nam powrócić daj”.

Długie godziny w nocy modliłem się do Boga za duszę Jasia Balawejdra oraz za wszystkich więźniów i Ojczyznę, oddając w opiekę naszej Królowej Korony Polskiej, Matce Chrystusa.

W pierwszej dekadzie maja 1950 roku do celi wszedł pracownik administracji, przeczytał listę osób wysyłanych do więzienia we Wronkach. Znalazłem się i ja na tej liście. Czekaliśmy jeszcze dwa dni. W tym czasie dużo rozmawialiśmy. Zbliżały się nowe nieznane dni. Jak będzie nikt nie wiedział. Na zamku był spokój, nikt nas nie brał. Pocieszaliśmy się, że gorzej niż było nie będzie. Pocieszaliśmy się, ale widzieliśmy, że cele były nasycone „kapusiami”, a sposobów dręczenia więźnia było bez liku. Oddziałowi w tutejszym więzieniu chcąc przypodobać się zwierzchnikom, robili ogromne krzyki, czasami bili. Było ich kilku. Zawsze znaleźli coś, czego mogli się „czepić”. Spotkałem kiedyś na wolności kilku strażników, ale udawali, że mnie nie znają. Również my, więźniowie nie przyznawaliśmy się do znajomości. Ostatnio mieszkałem w Krakowie i tam też byłem zameldowany. Podawałem Kraków jako moje miejsce zamieszkania. Dużo myślałem o historii zamku w Rzeszowie. Ci, którzy długo siedzieli z zamku opowiadali nam o jednym znanym strażniku. Nazywali go ostatnią szują w dowód wdzięczności za znęcanie się nad więźniami. Prawdopodobnie zgłasza się do rozstrzeliwania więźniów z wyrokami śmierci. W tym momencie zmienili temat. Opowiadano o poprzednich latach. Było wówczas tak dużo wyroków śmierci, że cela śmierci okazała się „mało wydajna”. Rozstrzeliwano i wieszano na dziedzińcu więzienia. Wielu strażników zdobyło w ten sposób wyższe stopnie podoficerskie i oficerskie. Wiele razy siedziałem i rozmyślałem na temat historii tego zamku. Zmieniają się okupanci, ustroje, a zamek zawsze przeznaczony do tego samego celu – niszczenia narodu polskiego. Mury zamku tysiące razy były świadkami ludzkich tragedii. Ziemia przesiąknięta jest ludzką krwią. Tysiące Polaków zaginęło bez śladu. Nikt dzisiaj nie potrafi już powiedzieć, gdzie spoczywają ich kości. Często na cmentarzach spotykamy fikcyjne mogiły, na których rodziny składają kwiaty, zapalają znicze, aby ukochaną osobę ocalić od zapomnienia. Wiadomo mi, że tysiące zamordowanych żołnierzy AK, zarówno oficerów jak i szeregowców kryją zbiorowe mogiły w lesie koło wsi Turza i wsi Trzebuska koło Sokołowa /woj. Rzeszów/. Ileż miejsc jest nieznanych? Cała Polska usłana jest mogiłami najlepszych synów i córek Ojczyzny. Każde miejsce na polskiej ziemi jest święte za sprawą tych, których dewizą życiową był Bóg, Honor, Ojczyzna. Jak kiedyś Chrystus oddał swe życie na Golgocie by zbawić świat, tak oni oddali swe życie za wiarę i Ojczyznę. Przypominają się słowa polskiego poety piszącego o powstaniu styczniowym w 1863 r.: „Z kulami w piersiach żywcem pogrzebani, na szyi z burym stryczkiem szubienicy, w szatach z płomieni, w koronach z płomieni leżą nasi męczennicy”. U schyłku Powstania Styczniowego modlił się W. L. Anczyc: „By siew rzucony dotychczas na polskie łany nie poszedł na marne”. Modlimy się nad mogiłami tymi słowy gdyż i dziś są aktualne. „Ale Ty nie dasz Wszechmogący Boże tak straszny siew. Twe miłosierdzie ucisk pomoże, Ojczyznę zbawi jej dziatwy krew. Przyjmij o Stwórco łez i krwi zdroje. Najświętszej sprawie przewodzisz sam, z hasłem „Przyjdź Panie Królestwo Twoje, wywalczyć wolność dopomóż nam””.

Pewnego dnia w pierwszej dekadzie maja 1950 roku urzędnik wyczytał nazwiska i polecił wychodzić na korytarz. Tam stało już wiele osób. Zaprowadzono nas do komory, gdzie wydano nam złożone teczki i walizki. Zaprowadzono nas na dziedziniec. Tam stały gaziki wypełnione milicją, żołnierzami KBW i cywilami. Na samochodach widać było karabiny maszynowe. W środku kolumny stał samochód więźniarka gdzie kazano nam wejść. Świeciły się małe żaróweczki przymocowane do brzegów sufitu. Zamknięto drzwi zewnętrzne jak i te w kracie. Za kratą siedzieli uzbrojeni konwojenci. Było bardzo gorąco i duszno, tym bardziej, że na zewnątrz było bardzo ciepło. Słabsi więźniowie nie wytrzymali, padali z omdlenia. Nie mogliśmy im pomóc. Okien nie można było otworzyć, bo ich nie było, podobnie jak wody. Na szczęście droga była krótka, bo tylko od więzienia na stację PKP. Na dłuższej trasie wszyscy udusilibyśmy się. Samochód zatrzymał się. Drzwi odemknął ktoś z zewnątrz. Poczuliśmy świeże powietrze. Polecono wysiadać. Wysiadłem, starałem się opóźnić wsiadanie do wagonu, aby zobaczyć co się dzieje, co znajduje się wokół nas. Na pierwszy peronie i pierwszym torze stało wiele więźniarek. Cały peron był obstawiony przez milicję i KBW. Stały również i te samochody, które widziałem na dziedzińcu więzienia przed wyjazdem. Wszyscy stali z bronią gotową do strzału. Na kładce nad torami kolejowymi, stał tłum ludzi. Większość to ciekawscy przechodnie, ale były także rodziny i znajomi. Później w rozmowie z kolegami zapytałem, czy my jesteśmy tacy ważni, że obstawia nas przynajmniej kompania wojska i milicji. Więźniarka po przyjeździe na stację cofała niemal do samych drzwi wagonu. Wagon był podzielony korytarzem na dwie równe części. Po obu stronach korytarza widać było mnóstwo wąskich drzwi prowadzących do małych kajut. Na dachu znajdowały się gniazda karabinów maszynowych. Na korytarzu kręciło się wiele wojska i milicji. Były dwa rodzaje kajut, jedno i trzy osobowe. Ja zostałem skierowany do kajuty trzy osobowej. Było to tak małe pomieszczenie, że z trudem ulokowaliśmy nogi. Okno było, ale przysłonięte. Z trudem można było zobaczyć drzewa lub wierzchołki dachów domów. Klapy w drzwiach były odsunięte. Dozorcy chodzili po korytarzu i zaglądali do cel. Przywieziono nas na stację jako pierwszych, musieliśmy więc długo czekać na zakończenie transportu. Gdy warkot samochodów ucichł oznaczając koniec transportu, odczuliśmy szarpnięcie pociągu. Byliśmy doczepienie do składu pociągu relacji Przemyśl – Szczecin. Było już późne popołudnie. Słońce kryło się za dachy kamienic i korony drzew. Dzień był ciepły i pogodny. Strugi potu spływały nam po twarzy. W kabinie było gorąco i duszno. Żegnałem Rzeszów, moje miasto dzieciństwa i lat młodzieńczych. Mieszkałem w wiosce odległej o osiem kilometrów od Rzeszowa. Bardzo często odwiedzałem Rzeszów, najpierw z rodzicami, później będąc harcerzem przychodziłem na spotkania drużyny harcerskiej nr 7, z którą jeździłem także na obozy. Znałem to miasto dobrze i kochałem je. Tu przeżyłem burzę okupacji i terror pierwszych lat Polski Ludowej. Zastanawiałem się, czy jeszcze powrócę do Rzeszowa. Chciało się żyć, zobaczyć przyszłe lata. Ale jeżeli trzeba ofiary?! Niech i tak będzie. Jedni umierają, aby żyli inni. Bóg jeden wie, co będzie dalej. Spodziewałem się najgorszego. Dokuczało mi pragnienie. Nie dano nam nic do picia, zaledwie kawałek chleba do jedzenia. Myśli moje krążyły wokół matki, ojca, rodzeństwa i kolegów. Otworzyła się znów nowa karta losu. Pociąg zatrzymywał się tylko na większych stacjach. Widziałem szyldy miast Tarnów i Kraków. Znów wspominałem chwile tam spędzone. Zawsze w wolnym czasie zwiedzałem ogród botaniczny i Wawel. Lubiłem tam przebywać. Tam widziałem to wszystko czym była Rzeczpospolita. Przecież moim pragnieniem była Polska na miarę Jagiellonów. Oglądając salę przyjęć posłów, ściany ozdobione zdobytymi sztandarami, pusty tron, płakałem ze wzruszenia. Czym Polska jest dzisiaj? Chce się krzyczeć słowami poety: „Zygmuncie ty śpisz, goście do ciebie przyjechali!”.

Pociąg jechał dalej. W Katowicach krótki postój. We Wrocławiu staliśmy dłużej i znów ruszyliśmy. Przez szpary zasłon w oknach widziałem szkielety domów zniszczonych w czasie wojny. Smutny to był widok, niczym ściana płaczu w Jerozolimie po zburzeniu miasta. Ożywały refleksje dotyczące Niemiec hitlerowskich, Rosji, ostatniej wojny, nowej rzeczywistości i przyszłej Polski. Oczywiście wciąż myślałem o przyszłych losach kolegów i moich. Tak dotarliśmy do Poznania. Jechaliśmy jednak dalej. Wiedziałem tylko, że Wronki leżą nad Wartą jakieś 50 km od Poznania. Zdawałem sobie sprawę, że w krótkim czasie dojedziemy do celu. Podróż była bardzo ciężka. Usłyszeliśmy głos konwojentów „ stacja Wronki”. Odmykano kolejno drzwi polecając wychodzić. Byliśmy prawie sztywni. Cały teren stacji otoczony był milicją i wojskiem KBW. Ustawiono nas czwórkami. Kiedy odjechał pociąg ujrzałem ustawiony szpaler od stacji do więzienia. Byli to strażnicy więzienni i KBW. Nasi konwojenci również nas otaczali. Szliśmy brukowaną kostką w kierunku więzienia. Ulicę otaczały działki drzewami i krzewami owocowymi. Tu i ówdzie widniały grządki a na nich posiane jarzyny. Więzienie było oddalone od stacji o 300 metrów. Na nasz widok otwierano bramy, doszliśmy na dziedziniec przed budynkiem czteropiętrowym w kształcie krzyża. Tam nas zatrzymano. Budynek był otoczony murem wysokości około trzynastu metrów. Z wież strażnic wystawały lufy karabinów maszynowych gotowych do strzału. Na dziedzińcu stało około dwudziestu strażników bez broni. Sądziłem, że w tym budynku będziemy mieszkać. Wszystko wydawało się złowrogie. Patrzyłem na otwarte drzwi budynku i wydawało mi się, że widzę nad wejściem transparent z napisem „Porzućcie wszystkie nadzieje, wy którzy tu wejdziecie”. Jak się później okazało moje myśli nie były aż nadto oderwane od rzeczywistości. Przyniesiono koce, po jednym dla każdego. Polecono rozebrać się i położyć wszystko na kocu. Staliśmy zupełnie nago. Dokonano szczegółowej rewizji. Zaglądano do ust, włosów i kroku. Strażnicy utworzyli szpaler w kierunku otwartych drzwi. Komendant ceremonii oznajmił, że gdy krzyknie „Raz” należy, chwycić koc z zawartością i biec szpalerem aż do celi. Czekaliśmy jeszcze chwilę. Mistrz ceremonii rozglądał się, puszył jak indyk i wrzasnął „Raz”. Chwyciliśmy koce z zawartością i biegliśmy szpalerem. Jak się później dowiedzieliśmy była to tzw. ścieżka zdrowia. Biegnąc czułem uderzenia po głowie, plecach piersiach i nogach. Wpadłem w czeluści budynku, który wcześniej oglądałem z zewnątrz. Korytarz parteru był wyłożony płytkami. Płytki tworzyły pasy koloru czarnego, czerwonego i białego. Szpaler strażników kierował do samej celi. Biegłem na oślep, słyszałem tylko krzyki: ”Nie po czarnym, nie po białym, nie po czerwonym”. Skakałem jak po szachownicy, a strażnicy lali mnie ile weszło. Tak dobiegłem do wskazanej celi. Celę zapełniono i zamknięto. Staliśmy nadzy trzymając koc z zawartością. Oczywiście wielu zgubiło swe koce w tym biegu. Każdy miał rany: przeciętą głowę, rękę, tors, plecy lub nogi. Patrzyliśmy chwilę na siebie. Wyglądaliśmy niczym po boju na froncie, kiedy pociski szarpały ciała ludzkie. Nasz towarzysz niedoli, pan Hardy z Sanoka powiedział „Panowie, jeśli będzie tak codziennie, to długo tu nie pożyjemy”. Przyniesiono nam bieliznę, ubranie i buty oraz brakujące koce. Założyliśmy bieliznę, a resztę odzieży złożyliśmy w kostce na taborecie. Zbliżał się apel. Słychać było odmykanie i zamykanie drzwi. Zgrzyt klucza. Otworzyli naszą celę. Weszło trzech funkcjonariuszy. Jeden był komendantem z apelu, drugi z młotkiem bił po kratach, a trzeci to oddziałowy. Jeden z nas zameldował stan celi. Kazano wynieść na korytarz taboret z odzieżą i buty drewniaki bez sznurówek.. Nie wolno było posiadać sznurków, pasków, noży, żyletek, papieru, ołówka, gazet, książek itp. Czytałem wiele o niemieckich obozach koncentracyjnych, lecz sądzę, że straż więzienna we Wronkach udoskonaliła sztukę przyjmowania więźniów. Otrzymaliśmy miski i łyżki. Pouczono meldującego, aby składał raport następującej treści: Obywatelu komendancie, więzień karny np. Szyszka Lesław melduje stan celi 13, obecnych 13. Chwilę później usłyszeliśmy uderzenie dzwonka. Był to znak nocnej ciszy. Położyliśmy się spać. Cela miała może pięć metrów długości i dwa metry szerokości. Przy dłuższej ścianie było przypięte na stałe łóżko. Nie używaliśmy go do spania, jedynie w dzień do ułożenia sienników. Spaliśmy na betonowej posadzce. Sienniki układaliśmy w poprzek celi jeden obok drugiego. Była to przedwojenna pojedynka, a nas było trzynaście osób. Musieliśmy spać na jednym boku. Jeśli ktoś chciał zmienić bok spania, wszyscy musieli się odwrócić. W siennikach było trochę starej słomy. Można je było złożyć na kilka części. Leżąc odczuwało się beton. Przy jednej ścianie stał stolik, dwa taborety, mały dzbanek z wodą i miednica. Przy tej samej ścianie wisiała szafka, na której kładliśmy miski, łyżki, pasty do zębów i szczoteczki. Na boku szafki wypalona była pieczęć w języku niemieckim następującej treści: Centralne więzienie Wronki 1876 rok. W jednym koncie obok drzwi stał sedes. Potrzeby można było załatwiać rano przed śniadaniem. I wieczorem przed apelem. W czasie śniadania i kolacji wynosiliśmy kibel na korytarz, porządkowi wylewali i przynosili do nas przed drzwi. W drugim kącie przy drzwiach biegła pionowa rura grzewcza, żeliwna o średnicy 100mm. Bardzo słabo była grzana. W zewnętrznej krótkiej ścianie pod sufitem było małe okno zabezpieczone kratami. Podłoga była betonowa niczym w garażu. Ściany i sufit malowane były na biało wapnem. Widać było ślady krwi, rozgniecionych pluskiew. Drzwi od zewnątrz okute były blachą. Na wysokości oczu średniego człowieka osadzony był w drzwiach wizjer, przez który oddziałowy patrzył przed wejściem do celi. Z prawej strony drzwi na wysokości górnego ramienia ramy wystawał metalowy pręt. Przechodził przez ścianę na korytarz, gdzie na jego końcu umocowana była tzw. klapa. Był to prostokąt z blachy obustronnie pomalowany lakierem. Na obu płaszczyznach wymalowano po dwa trójkąty koloru białego i czerwonego. Wszystkie klapy sterczały w pozycji pionowej nad prętem. Gdy potrzebowano oddziałowego wówczas ciągnięto za pręt i klapa spadała w dół. Był to znak dla oddziałowego, że go pilnie potrzebują. Oddziałowy szybko przychodził, zaglądał przez wizjer i pytał co się stało. Powody wezwania były różne. Jedni chcieli iść do administracji, inni chorowali lub informowali o śmierci współwięźniów. Oddziałowy czasami odmawiał pomocy. Mijała noc, mimo zmęczenia trudno było zasnąć. Cały stos myśli cisnął się o czasie minionym i przyszłym, pełnym zasłon i niepewności jutra. Paliła myśl co dalej będzie? Czy walkę podejmą młodsze pokolenia? Pocieszała myśl, że są ludzie, którzy będą uczyć mowy polskiej, miłości obyczajów, kultury, miłości tradycji. Może będzie im dane wywalczyć i oglądać potęgę równą Jagiellonom, wykonać testament wielkich myślicieli, prawodawców, twórców Konstytucji 3-go Maja, Komisji Edukacji Narodowej i wielkiej myśli syna ludu od pługa Wincentego Witosa. A my? Czy wrócimy jeszcze kiedyś do normalnego życia? Przed nami kryła się wielka tajemnica przyszłości. Widzieliśmy tylko czeluście kazamatów, krwiożercze postacie strażników i „rękę” resortu bezpieczeństwa. Sytuacja wydawała się beznadziejna. Najlepszym wyjściem okazywało się samobójstwo. Jestem wierzący, więc sam życia nie chciałem sobie odebrać. Pragnąłem żeby strażnicy weszli do celi i zabili mnie. Dość tej męki – powtarzałem w duchu. Powtarza się scenariusz z śledztwa UB. Jednak powracała także myśl, mówiąca o tym, że w Bogu trzeba mieć nadzieję. Trzeba wszystko złożyć w ręce Jezusa i Jego Matki. Zasnąłem, ale na krótko. Usłyszałem głos dzwonka – pobudka. Odpięto łóżko, stawiając go na nogach, ułożono na nim sienniki, prześcieradła i koce. Ustawiliśmy się w kolejce do ubikacji. Odemknięto drzwi, wynieśliśmy kibel, wnieśliśmy ubrania i buty. Umyliśmy się i ubraliśmy więzienną odzież. Jeden drugiemu polewał wodę na ręce. Przyniesiono śniadanie. Każdy z nas dostał jedną drugą litra kawy zbożowej i ósmą część bochenka chleba. Trudno było tym zaspokoić głód. Po śniadaniu do celi wszedł oddziałowy z kimś w mundurze. Ten pierwszy rzucił się z krzykiem, wygrażał, wyzywał od bandytów, polecił stanąć twarzą do niego /tj. do drzwi/, a gdy usłyszymy zgrzyt klucza w drzwiach, należy szybko stanąć twarzą do ściany. W ten sposób byliśmy oglądani dość często. W jednym wypadku polecono nam odwrócić się w stronę drzwi. Obok oddziałowego stał człowiek w białym fartuchu. Był to więzień pełniący obowiązki sanitariusza. Oświadczył, że ma obowiązek zapisać ten smutny wypadek pobyt w więzieniu. Trzeba podać imię, nazwisko, dokładny adres zamieszkania, oraz dane osoby, którą należy powiadomić w wypadku śmierci. Powiedział to w taki sposób, że cały dzień wydawał się końcem życia. Oprócz tego same warunki kończyły człowieka. Po ich wyjściu przyniesiono obiad. Każdy otrzymał porcję kaszy z dorszem w ilości jednej drugiej litra. W drodze od drzwi do ściany zjadłem wszystko nie używając łyżki. Wciąż byłem głodny. Resztę dnia spędziłem na rozmyślaniu. Przed apelem odemknięto drzwi i znów wynoszenie oraz wnoszenie kibla. Przyniesiono kolację. Dostaliśmy po kawie bo chleb dostaliśmy rano. Zjadłem rano całą porcję pieczywa i wieczorem cierpiałem z tego powodu. Ale tłumaczyłem sobie to tak, że lepiej głodnym spać niż chodzić w dzień. Apel odbył się jak dnia poprzedniego, noc jak zwykle czarna, więzienna. Budziłem się kilka razy. Śnił mi się nieżyjący kolega z „Orląt” – Jasiu Balawejder, o którym już pisałem. Śniło mi się, że siedziałem w kuchni domu rodzinnego. W drzwiach stanął Jasiu, by po chwili wejść do środka. Prosiłem, żeby usiadł, ale tego nie uczynił. Patrzył na mnie bolesnym wyrazem twarzy. Prosiłem, aby opowiedział mi jak jest na drugim świecie. Nie odpowiedział nic, odwrócił się i wyszedł. Tak śnił mi się przez pięć lat każdej nocy w więzieniu. Także po wyjściu na wolność przez dłuższy czas dręczył mnie ten sen. Rano pobudka, wszystko działo się podobnie jak dnia poprzedniego z krzykiem i przekleństwami. Śniadanie również bez zmian. Kawa czarna, jedna druga litra i ósma część bochenka chleba. Około południa przyszedł oddziałowy. Powiedział, że każdy wyczytany weźmie koc, prześcieradło i miskę, łyżkę, szczoteczkę, pastę do zębów i wyjdzie na korytarz. Zostałem wyczytany. Zabrałem wszystko i wyszedłem na korytarz. Tam stał funkcjonariusz w mundurze, który zaprowadził mnie do celi na pierwszym piętrze tego skrzydła. Numeru tej celi nie pamiętam, nie była to bowiem moja ostatnia cela. Wchodząc do celi przywitałem wszystkich słowami „Dzień dobry”. Odpowiedziano mi. Byłem w tej celi dziewiąty. Później doszedł do nas jeszcze jeden więzień. W czasie mojego pobytu w tej celi zmieniali się więźniowie, ale zawsze było nas dziesięciu. Kiedy stanąłem pod ścianą padały różne pytania. Skąd jestem? Za co siedzę? Jak wysoki mam wyrok? Na większość pytań nie odpowiadałem, tylko resztę komentowałem kilkoma słowy. Byli tacy, którzy próbowali rozwinąć dyskusję na temat polityki, władz, sądów. Tym dyskutantom nie było widać z oczu dobrze. Uznałem, że są to „kapusie”. Nie wdawałem się z nimi w dyskusje. Udawałem, że nie słyszę dobrze. Prawdopodobnie cały nasz transport był rozmieszczony w różnych celach, tam gdzie znajdowali się wyborowi donosiciele. Za każde nieodpowiednie słowo donoszono do wydziału politycznego /Pol-Wych/. Szybko spostrzegli moją małomówność, wyczuli uprzedzenie, zrezygnowali więc z dalszych pytań. Każdy dzień upływał podobnie. Pobudka, kiblowanie, sprzątanie, mycie się, obiad stanie lub chodzenie po celi, kiblowanie kolacja i spanie. Pierwsze dni, nawet miesiące były dość spokojne. Siedziałem w celi, nikt mnie niegdzie nie brał na spacer też prawie w ogóle nie chodziłem. Oddziałowy zawsze z takim samym krzykiem otwierał celę. Wydawało się, że rzuci się nas i położy trupem. Nie wiem, czy to należało do jego obowiązków. Może chciał tylko zastraszyć, upodlić, pokazać, że więzień jest niczym, nawet przedmiotem i tylko od jego woli zależy nasz los, życie lub śmierć. Może każdego zgnieść jak napotkanego na drodze owada, bez powodu, bez przyczyny, tylko dlatego, że tak chce. Służbę pełnili 12 godzin. Wśród nich byli prawdziwi oprawcy, odpowiednio dobierani. Szarpali, gryźli aż toczyli pianę z ust. Powód był jeden, byliśmy wrogami socjalizmu i ZSRR, bandytami. Według ich opinii każda organizacja to banda. Wielu z nich miało żony, dzieci. Ciekawy jestem jak zachowywali się w domu przy rodzinie. Przecież w celach siedziały dzieci innych matek, mężowie innych żon. Słyszałem kiedyś takie powiedzenie: Ułomny na widok zdrowego, przystojnego człowieka dostaje szału. Wśród służby więziennej wielu miało felery ciała, ale byli też niby zdrowi. Wydaje się, że ułomność strażnika miała wpływ na jego zachowanie, ale zasadniczym czynnikiem był rozkaz przełożonych, strach przed karą, dobre uposażenie, przywileje, władza nad bezbronnym więźniem i wpojona ideologia. Każdy więzień polityczny to przecież wróg ustroju. Należy więc go zniszczyć, unicestwić. Dokuczał więc, mścili się. Za przykładną służbę dostawało się awans i wyższe uposażenie. Pewnego dnia wyprowadzono nas na spacer. Odbywał się na dziedzińcu wśród dwóch ramion budynku więzienia. Na okalającym murze stały wieże strażnicze. Na placu wydeptane było duże koło, po którym i my spacerowaliśmy idąc w odległości kilku metrów. Spacer trwał nie dłużej niż pięć minut. Po powrocie do celi zastaliśmy poprzewracane sienniki, wymieszane koce i prześcieradła, na posadzce była woda, przelewając się prawie przez próg. Starszy więźniowie mówili, że był to „kipisz”. Zrozumiałem wówczas co znaczyły słowa oddziałowego „Porządkowy, dwa głębsze”. Zbieraliśmy wodę chusteczkami lub czapkami. Wodę zbieraliśmy do kibla. Porządkowi zanosili zebraną wodę do zlewu. Posadzka zostawała jednak mokra, schnąc jeszcze przez całą noc. Część wilgoci pochłaniały nasze sienniki. Tak wyglądał każdy spacer. Gorzej było w zimnie. Miałem tylko jeden koc. Było bardzo zimno w dzień i w nocy. To wszystko dopełniał wielki głód. W czasie zwykłego poprawiania buta dostawałem zawrotów głowy. Chodziłem bardzo głodny. Instynktownie dotykałem palcami ścian, drzwi, badałem czy da się coś zjeść. Nie znajdywałem jednak nic, tylko mur i blacha. Z oczu ciekły mi łzy, wiedziałem, że 10 lat nie przesiedzę, umrę z wycieńczenia, głodu. Modliłem się do Boga, Matki naszej, Królowej Polski, aby coś się stało, bym mógł cudem powrócić do domu. Tak mijały dni, tygodnie, lata. W jednej z cel był straszy pan, który konał z wycieńczenia. Miał silną anemię. Poprosił o lekarza. Doktorem był więzień pełniący funkcje sanitariusza i lekarza. Zapytał się chorego co mu dolega. Jestem bardzo słaby, czuję że ze mną coraz gorzej –usłyszał w odpowiedzi. Chwilę badał i postawił diagnozę: Należy jeść. Chory w odpowiedzi „panie doktorze nie mam co jeść”. Lekarz opuszczając celę powtarzał wciąż „Tylko jeść, tylko jeść”. Tak wyglądała pomoc lekarska. Przenoszono mnie dość często na różne skrzydła i oddziały, także na te o zaostrzonym regulaminie. Wciąż chodziłem na spacery, którym towarzyszyły „kipisze”.

Pawilon więzienia był budynkiem czteropiętrowym. Korytarze w nim nie posiadały sufitów. Na każdym piętrze wokół oddziałów były balkony. Na piętrach pomosty łączyły balkony prawy i lewy. Pomosty kolejnych pięter były połączone schodami. Między balkonami rozciągnięta była siatka druciana. Zabezpieczała przed samobójczymi skokami więźniów. Często bowiem zdarzało się, że więzień podczas silnej depresji próbował odebrać sobie życie. Gdyby nie było siatki, skoczyłby głową w dół i śmierć pewna. Siatki nie dawały tej możliwości, skaczący człowiek zostawał na siatce całkowicie zdrowy. Na wysokości drugiego piętra, na przecięciu się ramion krzyża pawilonu ustawiona była szklana gondola. Tam swoje biuro miał komendant pawilonu. Z tego pomieszczenia widział każde skrzydło i oddział. Widział jak oddziałowi spełniają woje zadania. Raz na dwa tygodnie prowadzono nas do łaźni. Przy tej okazji zmieniana była bielizna. Prowadzący łaźnię wydawał rozkazy „Pod wodę, raz”, by chwilę później „Wychodzić!”. W między czasie szybko pod ciepłą wodą, mydliliśmy nasze ciała. Po komendzie „wychodzić” zatrzymywano wodę, albo puszczano bardzo gorącą. Kto nie zdążył zostawał w mydle. Tam wszystkie czynności wykonywane były na rozkaz. Mycie i zmiana bielizny trwała może trzy minuty. Wracaliśmy do celi w przeciągach albo w wielkim zimnie. Na szczęście w tych warunkach nasze organizmy szybko się hartowały.

Wspomniałem wcześniej, że pewien czas po przyjeździe do Wronek nastąpił pewien spokój, nie było przesłuchań. Przysłowie ludowe głosi, że przed burzą następuje cisza. Spodziewałem się burzy każdego dnia. Jednego dnia oddziałowy stojąc w drzwiach wymienił moje nazwisko. Nie zareagowałem natychmiast bo już dawno nie słyszałem swojego nazwiska. Przezywano mnie używając wielu przekleństw. Dziwne to uczucie usłyszeć swoje nazwisko takie jakie otrzymałem od rodziców. Oddziałowy zaprowadził mnie na koniec oddziału do celi zamienionej na biuro wydziału polityczno – wychowawczego „Pol-Wych”. Więźniowie mówili, że tam urzęduje „spec”. Pomieszczenie przypominało biuro śledcze UB. Pod oknem stało biurko, a za nim siedziało dwu „speców”, na biurku leżała teczka. Sądziłem, że to moja. W kącie blisko drzwi stał taboret. Oddziałowy wyszedł. Zameldowałem się: „Obywatelu komendancie, więzień karny Machowski Ludwik z wyrokiem dziesięć lat melduje swoje przybycie”. „Wyrok dziesięć lat” – powtórzył „spec”. „Siadajcie”. Jeden z nich wziął z biurka pudełko papierosów, przyszedł blisko mnie, wyciągnął rękę w moim kierunku i spytał czy zapalę. Chciałem, ale odmówiłem mówiąc, że obecnie nie palę. Nie przyjąłem bo spodziewałem się podobnego wypadku jak na UB. Poczęstował mnie papierosem, a kiedy zapaliłem, wówczas przypalił mi twarz. „Spec” powrócił i usiadł za biurkiem, obaj byli nawet grzeczni, słali w moim kierunku przyjazne uśmiechy. Ten scenariusz już znałem, był stosowany w różnych odcieniach w UB. Masakrowali mnie, rwali na strzępy ubranie i wychodzili. Następnie przychodził niby przypadkowo wyższy stopniem, który na mój widok mówił: „O Boże, co te sk…. s…. z panem zrobiły ? Żeby tak zrobić trzeba być gadem. Był bardzo zgorszony i wygrażał im ze złością. Proszę pana, my obaj sobie porozmawiamy, jak ludzie kulturalni i wykształceni. Pan ma maturę i ja mam maturę. Ci co pana tak zrobili to nieuki. Ciemna tabaka. Obaj sobie spokojnie spiszemy i będzie spokój. Jeżeli mnie pan nie powie, to oni są gotowi chwycić się pana. Jeżeli są tacy mądrzy, to g… im pan powie, niech będą cymbałami. Proszę zaczynam pisać. To co pan ujawni, to drobnostka, chodzi nam o księży i profesorów. Chcemy wiedzieć o ich działalności w organizacji i tyle. Aresztować ich nie będziemy, niech uczą młodzież. W szkole są potrzebni”. Odpowiedziałem, że o tych osobach nic mi nie wiadomo. Po moim wyjaśnieniu zmieniła się jego uprzejmość, ale jeszcze zapytał: Czy to jest już ostateczne słowo ? Ja chcę panu pomóc. Odpowiedziałem, że jest to moje ostateczne słowo. Wówczas wpadał w furię i jak zwykle powtarzał: ty zaj.. sk… s… h…. franc….., zniszczę cię, zgniotę…. , że ani proch z ciebie nie zostanie, ale wcześniej połamię ci kości, rozszarpię na kawałki. Z sąsiednich biur wołał oprawców i znów robili to co im się podobało. Wszystko było dozwolone, przed oczami przełożonego każdy chciał się popisać.

Ale wracam do speca. Zapytał za co jestem karany i jak wysoki mam wyrok. Odpowiedziałem zgodnie z uzasadnieniem wyroku. Zapytał mnie, czy przemyślałem już to jakie szkody wyrządziłem Polsce Ludowej. Czy zastanawiałem się nad tym jak to wszystko wynagrodzić. Wiecie, oczekujemy z waszej strony dowodów poprawy i zmiany. Musicie się zasłużyć. Musicie dobrze się sprawować, to spowoduje szybsze zwolnienie i różne inne korzyści. Odpowiedziałem, że dobrze się sprawuję, przestrzegam regulaminu więźnia. Słuchajcie, aby dać dowód dobrego sprawowania i poprawy, trzeba z nami współpracować. Co będą mówili w celi trzeba nam donieść. Jeśli będzie pilna sprawa, prosić oddziałowego, aby was zaprowadził do administracji, a wy przyjdziecie do nas. Oprócz tego my będziemy was wołać w różnych celach, niby podpisania przyjęcia pieniędzy, do lekarza itp. W celi nie mogą o tym wiedzieć. Będziemy wołać całą celę. Nie bójcie się, że będą was nazywać „kapusiem”, wy będziecie informatorem, my kapusiów nie chcemy. Tłumaczyłem, coś mi się stało, mam słaby słuch i pamięć. Jeżeli nawet ktoś coś mówi ja zaraz nie pamiętam. Gdy myślę nie mogę się skupić. Tak wygląda jak bym tracił rozumowanie. Nie musicie myśleć, my za was myślimy – odpowiedział. Ja nadal twierdziłem, że takiego zadania nie wykonam. Obawiam się, że u mnie postępuje choroba umysłowa. Kiedy doszli do wniosku, że ich propozycji nie przyjmę, przyjazne początkowo gesty zaczęły przeradzać się w krzyki, groźby i popychania. Wyzywali mnie obaj. Polecił mi abym się dobrze zastanowił. Będę jeszcze wezwany. Oświadczył, że dzisiaj była tylko zabawa, następnym razem będzie inaczej. Oddziałowy zaprowadził mnie do celi. Pytano mnie, gdzie byłem. Odpowiedziałem, że u speca. Powiedziałem im krótko, że przeze mnie kłopotów mieć nie będą. Zdawałem sobie sprawę, że zaczyna się czas przesłuchań kategorii fizycznej i moralnej. Dzień i noc myślałem jak wyjść z tej sytuacji. Wiedziałem, że w celi siedzi przynajmniej jeden kapuś. O moim zachowaniu będzie informował. Postanowiłem z nikim nie rozmawiać. Nie rozmawiałem i nie słyszałem sześć miesięcy. Widziałem, jak współwięźniowie pokazują sobie, że mam coś z umysłem. Sam się przestraszyłem. Przecież nie mówiłem, już sześć miesięcy. W tym czasie kilka razy wzywał mnie spec. Przechodziłem katorgi, lecz wyczułem, że naleganie, abym został kapusiem zaczyna słabnąć. W następnych latach dość rzadko byłem wzywany do speca. Pobyt u niego był dość żałosny, krzyczał, wrzeszczał, mieszał mnie z błotem, ale jakoś bez bicia. Przenoszono mnie do różnych cel. Ja już rozmawiałem. Spotykałem ludzi starszych, młodszych, z wyższym wykształceniem, bez wykształcenia. Byli wśród niech ludzie bardzo mądrzy, inteligentni, ale także głupcy, wręcz idioci. Byli Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Niemcy i obywatele innych państw, ale ich było niewielu. Byli to zarówno robotnicy, rolnicy jak i inteligencja. Przeważnie siedziałem z ludźmi z województw: warszawskiego, białostockiego, lubelskiego, gdańskiego, poznańskiego, katowickiego, wrocławskiego i olsztyńskiego. Ukraińcy siedzieli za przestępstwa popełnione na ludności polskiej. Żydzi za organizowanie nielegalnego wyjazdu do Jerozolimy i za handel dolarami. Niemcy i Polacy, pełniący służbę w formacjach SS i policji, którzy dopuścili się zbrodni na obywatelach polskich. Obywatele innych państw za szpiegostwo. Polacy za przynależność do różnych organizacji politycznych i wojskowych oraz ci, którzy padli w ramach czystek i prowokacji. Byli Polacy z rozwiązanej AK, wpędzeni do podziemia, a także ci, którzy przeżyli obozy koncentracyjne z Powstania Warszawskiego. Wielu z nich zamkniętych w sobie powtarzało: „O Boże, przeżyłem piekło obozu koncentracyjnego, piekło obrony, walki w czasie okupacji a dzisiaj kończę w lochach kazamatów”. Jak gorzka jest zapłata za spełnienie obowiązku wobec ojczyzny. Wyroki dają ci, których ojczyzna jest inna, kierują nimi inne ideały. Może kiedy nasze kości mchem porosną, pod naciskiem nowej sytuacji politycznej, ci sami ludzie orzekną, że to była pomyłka. Czy przez pomyłkę można uśmiercić dziesiątki milionów ludzi? Każdy z nas walczył słowem, piórem i orężem, by Polska była wolna, niepodległa, suwerenna. Spotkałem w jednej celi pana liczącego 60 lat. Mieszkał w Warszawie. Po pierwszej wojnie światowej pracował w Moskwie. Rozmawiałem z nim na różne tematy. Pewnego razu spytałem się, jak będzie wyglądało życie w Polsce. Odpowiedział, że tak samo jak w ZSRR.

„Uczyłeś się trygonometrii, więc wykreśl sobie układ odniesienia, narysuj sinusoidę. Poziom naszego życia będzie wzrastał od zera do pewnej wartości i znów spadnie do zera. Nieudolność gospodarczą zarzuci się największej świętości. Rzuci się na pożarcie masom. Będzie się głosiło, że teraz będzie lepiej, już się to nie powtórzy. Sytuacja taka będzie powtarzać się niemal periodycznie. Stalin już nie żyje. W ZSRR muszą nastąpić pewne zmiany. Tylko patrzyć jak Stalina obarczy się o wszystko co stało się w ZSRR jak i innych państwach socjalistycznych. Abyś mnie wspominał kiedyś, kiedy przeżyjesz to piekło, to ci powiem jeszcze jedno. Anglia posiada obecnie kolonie, dominia i wszystkie punkty strategiczne na Morzu Śródziemnym, Atlantyku, Pacyfiku itd. W krótkim czasie to utraci. Powstaną nowe suwerenne państwa. Tylko patrzeć jak powstanie Egipt, Indie i inne. Punkty strategiczne zajmą USA i ZSRR.”

Nie mogłem w to uwierzyć. Długo rozmyślałem o tych biednych a zarazem trudnych czasach. Myślałem o dawnych młodzieńczych ideałach, wolnej niepodległej Polsce, pełnej potęgi i pokoju. Bryła świata opleciona łańcuchem młodych rąk, miała być pchnięta na nowe tory. Przeszłości Ojczyzny ołtarze mieliśmy jeszcze doskonalsze wznieść. Mierzyliśmy siły na zamiary. Czy nasze cienie ciał dokończą żywota i będzie koniec? Sądziłem, że wyrośnie nowe pokolenie, może o innej mentalności, ale jeszcze bardziej prężne, doświadczone, mądrzejsze o historię minionego czasu.

Na przeżycie w więzieniu nie było szans, mając na uwadze wyrok dziesięciu lat. Otrzymywałem jeden list w miesiącu i jeden list mogłem w tym czasie wysłać. Listy wychodzące i przychodzące były cenzurowane. Czasami otrzymywałem same szczątki. Całe linie tekstu były wycięte. Regulamin zakazywał wnoszenia paczek żywnościowych. Pieniądze mogły być przysyłane ale na konto więźnia, nigdy do ręki. Z tego konta więzień mógł korzystać przenosząc pieniądze ma tzw. wypiskę. Raz w miesiącu chodził oddziałowy z więźniem i zapisywał na zakup wskazanych artykułów. Można było wypisywać pastę do zębów, mydło czasami cukier. To wszystko przynoszono do celi. Należną sumę odciągano z konta więźnia. Więzień niegdzie nie chodził sam. Wezwany do administracji, lub „speca”, czy też na widzenie był prowadzony przez strażnika. Przestrzegano, aby więzień z więźniem nie rozmawiał, a nawet jeden drugiego nie widział. Jeżeli prowadzono dwóch więźniów tym samym balkonem, ale w przeciwnych kierunkach to jeden więzień był stawiany twarzą do ściany.

W ciągu pięciu lat miałem trzy razy widzenie. Pierwszy raz w 1951 roku. Było to w lecie po południu. Strażnik zaprowadził mnie do pomieszczenia przeznaczonego do widzenia z osobami z wolności. Było tam trzech strażników. Jeden oświadczył, że będę miał widzenie „wiecie co macie mówić! Jeżeli coś usłyszę lub zobaczę, że dajecie znaki, zaraz widzenie przerywam i prowadzę do „łaźni” / karcer z wodą /”. Bardzo byłem ciekawy, kogo zobaczę. Czekałem…. Okienko, do którego miałem mówić było jeszcze zasłonięte kwadratem z blachy, wiszącej na linkach przechodzących przez rolki do wałka z korbą. Po chwili blacha podniosła się. Podszedłem do okienka. Z drugiej strony otworu zobaczyłem twarz mojej matki. Staliśmy obok siebie w odległości około dwóch metrów. Otwory były małe, mieszczące tylko twarz. W pomieszczeniu gdzie była matka również było trzech strażników. Strażnicy przy mnie patrzyli na matkę, a ci przy matce parzyli na mnie. Słuchali i patrzyli. Widzenie miało trwać dziesięć minut, lecz chyba nie trwało tyle. W takich warunkach jaka mogła być rozmowa?

Pierwsze spojrzenie podcięło mi całkowicie nogi. Pamiętałem, że matka miała ciemne włosy. Ujrzałem włosy białe i twarz pooraną od zmartwień. Mówię: „Bardzo się cieszę, że Mamę widzę i czy wszyscy zdrowi. Tato i siostry z rodzinami”. Odpowiedziała, że wszyscy są zdrowi. Powtarzałem dalej „Wszyscy są zdrowi? Jak bardzo się cieszę”. Nie wiedziałem co dalej mówić. Wracam znów „Bardzo się cieszę i patrzę na twarz Matki”. Głos mi zamiera. Usłyszałem „Koniec widzenia!”. Jeszcze nie zdążyłem powiedzieć „Do widzenia”, uczułem silne kopnięcie w kostkę nogi, a blacha wisząca na głową leciała w dół. Musiałem szybko uciekać z głową. Blacha wisząca na linkach zasłoniła okienko. Po drugiej stronie muru została najukochańsza osoba – Matka. Pozostałem bez słowa podziękowania i pożegnania. Mimo bólu nogi nie krzyknąłem by nie ranić serca matki. Już dość przeżyła w czasie mojego śledztwa, na pewno słyszała także coś o Wronkach. Mur był gruby, ale mój głos mogłaby usłyszeć. Kulejąc na jedną nogę doszedłem do celi. Byłem załamany, nie z powodu nogi lecz widoku matki. Była biała jak gołąbek i mimo uśmiechu, wyczytałem na jej twarzy wiele cierpień. Przez długi czas nie mogłem znaleźć sobie miejsca.

Mijały znów ciężkie dni. Dręczenie, przesłuchania, kipisze, były na porządku dziennym. W celi nie mieliśmy książek ani prasy. Zatarły się liczby dni, tygodni, nazwy miesięcy, pór roku. Wiadomo jedynie, że była zima z powodu zimna w celi. Reszta pór zlewała się. Człowiek głodny zawsze myśli o jedzeniu. Jeden z nas wspomniał o Świętach Wielkanocnych. Od zimy minęło już dużo czasu, więc święta zbliżają się albo już były. Nie mieliśmy możliwości sprawdzić. Postanowiliśmy zapytać fryzjera, który na dyżurce goli oddziałowych. Tam były kalendarze i gazety. Tak też się stało. Okazało się, że święta były już ponad miesiąc temu. Wówczas każdy z nas opowiadał jak wyglądały święta u niego w domu. Wszyscy opowiadali podobnie. Po przyjściu z Kościoła matka, żona podawały żurek z jajkiem, boczkiem, kiełbasą i chrzanem. Żurek oczywiście był bardzo smaczny, wszystkie dodatki rozpływały się w ustach. A ten zapach jaki miły. Nam na samą myśl o takim jedzeniu, w ustach tworzyła się ślina, czuliśmy smak żurku. Ale było to tylko złudzenie. Byliśmy dalej jak zawsze głodni. W lipcu 1952 roku do celi podano gazetę „Trybunę Robotniczą”. Zamieszczono w niej streszczenie z ustawy o amnestii. Mnie i wielu innych amnestia nie obejmowała. Nastała ciemna noc, jak 1940 roku po upadku Francji. Byliśmy załamani. Później już nigdy nie dawano prasy. Zabrano nam ostatnią nadzieję. Przede mną stało prawie osiem lat. Wyobrażałem sobie widma dalszej katorgi i śmierci. Śmierć w samotności wśród sadystycznej straży więziennej, daleko do matki, ojca, najbliższych, beż świętych sakramentów. Ciało moje wrzucą do worka, wywiozą i zakopią jak zwierzę bez nazwiska i śladu. Po tych tragicznych wizjach pojawiła się także nadzieja.

Modliłem się gorąco do Boga, aby dał kolegom i mnie łaskę zdrowia, przeżycia i powrotu do domu. Wierzyłem całą duszą i sercem, że Bóg wysłucha mojej stałej gorącej modlitwy. Wierzyłem mocno, że wstawiennictwo Matki Bożej, Królowej Polski będzie niezawodne. Zawierzałem jej całkowicie. Mijały wciąż dni, miesiące, lata. Stawałem się coraz słabszy. Wszystko zacierało się w pamięci. Nie wiedzieliśmy jak wygląda gruszka, która część jest grubsza. Pamiętam dyskusję na temat przechowywania gruszek w zimie. Jedni twierdzili, że aby położyć na półce należy oderwać jej ogonek, który znajduje się w części grubszej. Inni twierdzili, że jest inaczej. Temat nie został rozstrzygnięty, nie było możliwości sprawdzenia.

Malowano celę. Musieli przenieść nas do innej. Spotkałem tak kolegów z „Orląt”. Kolegów Wiesława i Kazimierza Szpunar, obaj z Albigowej. Byliśmy razem jeden dzień. Wraz ze Zbyszkiem z Poznania szukaliśmy pracy na zewnątrz celi. Pragnęliśmy być chociaż kilka dni na słońcu. Nie wytrzymywaliśmy już siedzenia w zamkniętej celi. W celi był głuchoniemy. Nauczył mnie alfabetu. Był trochę inny od tego uczonego w szkole. Zawsze byłem ostrożny, nie wierzyłem w jego ułomność. Jego zachowanie przekonywało mnie, mówiąc delikatnie, że jest informatorem. Całe dnie spędzaliśmy na rozmowie. Nauczonym alfabetem rozmawialiśmy prawie o wszystkim. Twierdził, że jest inżynierem mechaniki. Studiował przed wojną w Berlinie. Jeździł na wycieczki do Hamburga, gdzie poznał obecną żonę. Studiowała konserwatorium. Była narodowości czeskiej. Po drugiej wojnie światowej pracował na stanowisku dyrektora w hucie Kościuszko w Chorzowie. W czasie praktyk jeździliśmy do huty, ale tego pana nie widziałem. Może był, ale ja go nie widziałem, zwykli ludzie prawie nie spotykają się z dyrektorami. Twierdził, że był wybuch pieca Siemens – Martina, kiedy tam przebywał. Utracił mowę i słuch. Był ciężko ranny. Obarczono go winą za zniszczenie pieca. Odbyła się rozprawa, na której otrzymał karę piętnastu lat więzienia. Długo leżał w szpitalu, ale słuchu i mowy nie odzyskał. Opowiadał bardzo barwnie, miło się słuchało czy raczej patrzyło. Lubiliśmy rozmawiać. Tak naprawdę nic mu nie wierzyłem. Pewnego razu mówię do niego, wiem, że masz możliwość załatwienia pracy dla mnie i Zbyszka. On odpowiedział, że dobrze. Pociągnął za klapę, przyszedł oddziałowy i zaprowadził go do administracji. Po przyjściu oświadczył, że potrzebują murarzy, będą zapisywać, trzeba się zgłosić. Na terenie więzienia budują remizę strażacką. Przy zapisie trzeba podać lata pracy w tym zawodzie, przynajmniej cztery lata. Zapisaliśmy się. Kilka dni później zabrano nas do pracy. Idąc do pracy obawialiśmy się, że postawią nas na murze obok fachowców, wówczas wyda się brak znajomości tego zawodu. Trafimy do karca z wodą. Mieliśmy jednak szczęście. Na miejscu czekał na nas mistrz budowy. Też był więźniem. Kiedy byłem przy nim półgłosem powiedziałem: „Panie mistrzu, my obaj – wskazałem na Zbyszka – nie umiemy murować. Kończymy się w celi, chcemy chociaż kilka dni być na słońcu. Prosimy bardzo niech nas pan zostawi. Będziemy chętnie wykonywać każdą pracę, którą potrafimy. Bardzo, bardzo prosimy”. Zapytał skąd jesteśmy. Jestem z Rzeszowa, kolega z Poznania – odpowiedziałem. Zbliżył się do mnie, przedstawiając jednocześnie „Jestem Adam Wiśniewski z Leżajska, były żołnierz AK sekcji PAS, pod dowództwem Ojca Jana. Przedstawiłem się podobnie. Pozostaliśmy. Polecił nam robić zaprawę murarską. Tak pracowaliśmy dwa miesiące. Nabraliśmy trochę siły. Zaprzyjaźniliśmy się z Adasiem. Opowiadał mi, że przed aresztowaniem mieszkał z rodziną we Wrocławiu. Tam mieszka wciąż jego żona i dzieci. Bardzo ich kochał. Posiadał małe serduszko, które dzieliło się na dwie połowy. Łączył ich misterny zawias. Kiedy je otworzył wewnątrz było maleńkie zdjęcie żony. Była bardzo piękną kobietą. Ukrywał je i przechowywał niczym świętą relikwię. Chciałem bardzo spotkać się z nim jeszcze w życiu. W tej grupie murarzy byliśmy najmłodsi. Chodziliśmy po obiad do kuchni. Szefem kuchni był strażnik w podeszłym wieku, nawet dość spokojny. Codziennie prosiliśmy o dolanie zupy i dodatkowe kawałki chleba. Zupa i chleb zostawały, bo na pawilonach nie rozdano wszystkiego. Byli chorzy, którzy nie jedli, codziennie ktoś umierał. Wspomniany szef kuchni był możliwym człowiekiem. Kiedy przynosiliśmy obiady, wszyscy byli zadowoleni. Dostawali więcej chleba i zupy. Byliśmy od tych spraw specami. Remizę budowano obok pawilonu numer trzy, gdzie przebywali chorzy więźniowie. Tam w piwnicy zostawialiśmy swoje narzędzia. Wyżywienie i warunki w celach nie różniły się od warunków w pawilonie nr jeden, z jednym wyjątkiem, na oddziale ciężkich wypadków były łóżka. Otwarcie drzwi wejściowych powodowało zawrót głowy. Pawilon przepełniony był trupim odorem. Przebywali tam ludzie chorzy na gruźlicę, choroby skórne, weneryczne, wewnętrzne itp. Duży procent stanowili ci z odbitą tkanką. Był to skutek mistrzowskiego śledztwa. Tkanka odbita od kości po prostu gniła. Lała się ropa. W owym czasie nie było na to lekarstwa, przynajmniej w więzieniu. Wielu było po operacji, przede wszystkim żołądków. Panowała dość duża śmiertelność. Było wielu połykaczy łyżek i innych metali. Spotkałem tam, wcześniej mi znanego z pawilonu nr 1 Franka Modzelewskiego z Białostockiego. Mieszkał gdzieś koło Zambrowa. Szedł na szczudłach. Widać odnowiła mu się rana nogi. Miał przestrzeloną w kostce. Odczuwał ją zawsze. Był to człowiek koleżeński, wielki patriota, żołnierz AK i żołnierz w każdej sytuacji, wzór Polaka i świętej wiary ojców naszych. Każdemu niósł pomoc, zwłaszcza moralną. Siebie i nas wszystkich oddawał w opiekę Chrystusowi i Matce Bożej. Któregoś dnia dwóch współwięźniów pokłóciło się. Jeden z nich chciał chwycić drążek klapy, aby przywołać oddziałowego. Franio przemówił: „Ludzie, co wy zgłupieliście? Wy chcecie szukać sprawiedliwości u wroga? Zróbcie to, będzie okazja by wam połamać kości. Pogódźcie się sami, jesteście mężczyznami, Polakami, siedzicie za tą samą sprawę – Polskę”. Posłuchali go. Od tego czasu, do chwili kiedy to piszę, minęło już trzydzieści lat, lecz ten wielki człowiek pozostał mi w pamięci. Nie pamiętam jego miejsca zamieszkania w owym czasie i nie wiem gdzie obecnie mieszka. Obecnie miałby około 70 lat. Chciałbym jeszcze tego człowieka spotkać. Po zakończeniu budowy brukowaliśmy ulicę na terenie więzienia. Trwało to krótko. Powróciłem do celi. Poprosiłem głuchoniemego, by załatwił pracę w warsztacie.

Załatwił. Ja, Zbyszek i Opiekun – Głuchoniemy, zostaliśmy przeniesieni do pawilonu roboczego nr 2. Zakład mieścił się na terenie więzienia. Administrację zakładu stanowili funkcjonariusze. Dozór średni stanowili więźniowie. Załogę również stanowili więźniowie. Mój opiekun głuchoniemy posiadał na ręce tatuaż, przedstawiający emblemat Związku Radzieckiego: sierp i młot. W 1953 roku umarł Stalin. Mój opiekun patrzył na emblemat i gorzko płakał. Więźniowie patrzyli jak na wariata. Przewidywaliśmy wielkie zmiany w świecie, a w szczególnie w krajach socjalistycznych. Nie można było oczekiwać wolności Polski, ale z przyjściem nowych ludzi, zawsze powstają pewne zmiany. Może nastąpi złagodzenie terroru, może będzie amnestia. Może w Polsce dojdą do władzy ludzie wcześniej odsunięci. Prawie pewnym było to, że nowa ekipa na Kremlu postawi nowe ekipy w krajach socjalistycznych. Ponadto przypomniała mi się filozofia starszego pana, o którym wcześniej wspominałem, o tzw. prawie sinusoidy w Związku Radzieckim i państwach bloku wschodniego. W okresie rządów Stalina, życie gospodarcze rzeczywiście wykreślało sinusoidę. Od zera kroczyło się do pewnej wartości i spadało prawie do zera. Przy takim zjawisku należy jakąś świętość poświęcić, rzucić na żer mas. Powstała nadzieja powrotu do domu. Nie oczekiwałem zmian od dnia następnego. Prawdopodobnie będzie to trwało kilka lat. Wiadomo było, że nowa ekipa musi się umocnić. Ale coś będzie. Praca trwa dalej. W zakładzie istniały działy: obrabiarek, pras, ślusarnia, wykonawstwa oprzyrządowania maszyn. Ja pracowałem w tym ostatnim. Wykonywałem matryce do wykrawania różnych detali jak szyldzików do zamków, blaszek do butów, zawiasów meblowych i całej gamy różnych drobnych detali. W brygadzie remontu maszyn był mój bardzo dobry kolega i fachowiec Stefan Kozioł z Rzeszowa. Po wyjściu na wolność pracował w Mostostalu. Więźniowie podejrzewali, że ten pan głuchoniemy mówi i słyszy. Sprawdzili to. Gdy szedł przez halę, rzucili za nim arkusz grubej blachy. On podskoczył i obejrzał się. Na krótko przed tym eksperymentem, ja również wiedziałem, gdyż do mnie przemówił. Mówił, że już nie może wytrzymać, zapomina mowy. Kilka razy rozmawialiśmy już ze sobą. Po wydarzeniu w warsztacie, został zabrany i przeniesiony gdzieś na inny pawilon. Już więcej się z nim nie spotkałem. Może innym zaszkodził, ale ja temu panu wiele zawdzięczam. Pomógł mi przeżyć we Wronkach. Brygadzistą na tym oddziale był Władysław Kowalczyk z Krakowa. Bardzo inteligentny człowiek i dobry fachowiec. On nauczył mnie wykonywać matryce. Był dobrym kolegą.

W pawilonie nr 2 reżim był trochę łagodniejszy. Można było kupić kawałek chleba, czasem nawet 30 dkg słoniny. Można było otrzymać kalkę kreślarską i przybornik. Rysowałem dość dużo na potrzeby zakładu. Z biblioteki mogliśmy pożyczyć książki. Wyposażenie biblioteki było bardzo skąpe, ale zawsze to coś. Byłem dwa razy w kinie. Oglądałem dwa filmy produkcji Związku Radzieckiego: „O szóstej po wojnie” i „Świat się śmieje”. Trzeci film był produkcji węgierskiej, ale tytułu nie pamiętam. Po pracy przechodziliśmy obok magazynu kuchni. Latem okna piwnic były otwarte. Ziemniaki sięgały do połowy okien. Czasem udało się chwycić kilka ziemniaków. Piekliśmy w ogniu kuźni. Zaspokajaliśmy w ten sposób głód. Praca dalej trwała. Więźniowie stanowili specyficzną społeczność. Podobnie jak na wolności odbywały się śluby i rozwody. Śluby odbywały się na wniosek osoby będącej na wolności. Oczywiście więzień musiał wyrazić zgodę na piśmie. Najczęściej starały się o ślub żony z dziećmi. Mieli ślub kościelny bez cywilnego. Nie było skutków prawnych. Po wyrażeniu zgody obu stron naczelnik wyznaczał datę zawarcia małżeństwa. W wyznaczonym dniu i godzinie więzień był doprowadzany do administracji, gdzie już czekała jego wybranka, urzędnik stanu cywilnego i świadkowie. Świadkami byli funkcjonariusze więzienni. Po podpisaniu umowy małżeńskiej więzień wracał do celi, a jego żona jechała do domu. Nie wolno było przy tej okazji dawać paczek żywnościowych. Nocy poślubnej też nie było.

Z rozwodami było nieco inaczej. Podpisywali rozwody tacy, którzy nie zdołali doprowadzić sprawy do końca. Podpis należało złożyć pod oświadczeniem wynikającym z przewodu sądowego. To była tylko formalność. Takie rozwody były przykre, ale miały charakter bardzo spokojny. Były jednak też rozwody, które spadały na więźnia jak grom z jasnego nieba. Oczywiście również odbywała się rozprawa sądowa. Żona mówiła, że małżonek ma wysoki wyrok, jest przeciwnikiem dzisiejszej rzeczywistości i władzy ludowej. W związku z tym ich małżeństwo uważa za skończone. Z takim człowiekiem nie może w przyszłości żyć, mieszkać. Już dość długo żyje z człowiekiem takim jak ona, a poglądy polityczne zgodne z ustrojem. Jest patriotą, czego dowodem jest przynależność do PZPR. Takie argumenty były nie do obalenia. Wysokość wyroku małżonka i poglądy polityczne kandydata na przyszłego męża decydowały o rozwodzie. Nie podpisanie rozwodu nie zmieniało sytuacji. Żona i tak dostawała rozwód. Po takich wiadomościach więzień załamywał się, często wpadał w różne choroby nerwowe. Zdarzały się wypadki całkowitej utraty rozumu. Wywożono ich do zakładów specjalnych dla umysłowo chorych. Do chwili wyjazdu taki człowiek przechodził bardzo wiele niemiłych doświadczeń. Dlaczego tak zmieniali się więźniowie? Sprawiają to warunki więzienne. Więzień nękany gorącem, żarem i głodem żyje w ustawicznym krzyku, zagrożeniu. Nie słyszy nigdy swojego imienia ani nazwiska, tylko „taki-owaki” /moc przekleństw/. Osadzony jest niczym, mniejszy niż przedmiot. Nieustannie depcze się jego godność, serce i duszę. Więźniowie zaś pełni tęsknoty całymi nocami powracają myślami do najpiękniejszych chwil życia na wolności, do najbliższych. Oni wszyscy kochają, tęsknią i oczekują powrotu.

Pod koniec 1952 roku przyszedł do celi Józio Piekoch. Pochodził z okolic Kolna. W czasie rozmowy dowiedziałem się, że w województwie warszawskim i białostockim były tereny kontrolowane przez ugrupowania partyzanckie, do roku 1951 nie było tam „władzy ludowej”. Koncentracja wojska i sił bezpieczeństwa, odcięcie lasów od wiosek dopełniło końca tragicznej walce. Jedni ponieśli śmierć na miejscu innych stracono wyrokami sądów. Droga Józia była też tragiczna. Należał do jednego z oddziałów partyzanckich. Na skutek coraz większej penetracji sił bezpieczeństwa, obozowiska partyzanckie ulokowano w lasach kurpiowskich. Nastąpiła koncentracja wojska, milicji, sił bezpieczeństwa na tych terenach. Każda wioska została opasana trzema pierścieniami placówek ogniowych. Nikt z wioski nie mógł dostać się do lasu. Brak zaopatrzenia dla oddziałów w lesie stawiał ich w coraz tragiczniejszej sytuacji. Postanowiono się przebijać małymi grupkami. Niektórym się udało, ale jednak większość zginęła w walce. Poddanie się prowadziło przez kazamaty UB do pewnej śmierci. Część ludności posiadająca łąki pod lasem dostała zezwolenie za zbiór siana. Józio i jego dowódca kapitan postanowili dostać się do wsi. Wypożyczyli sobie grabie i z nimi na ramionach wracali do wsi rzekomo od grabania siana. Przeszli dwa pierścienie. Na trzecim zatrzymano ich. Było to gniazdo karabinu maszynowego obsługiwanego przez trzech żołnierzy KBW. Jeden z nich poprosił o dokumenty. Takich nie mieli. Józio błyskawicznie uderzył grabiami w głowę wszystkich trzech żołnierzy, powodując utratę przytomności. Biegli z kapitanem do pierwszych zabudować, przez jakieś 300 metrów. Budynki otaczał płot, który należało przeskoczyć. Budynki były już naturalną osłoną. W chwili przeskakiwania przez płot Józio dostał serię w dłoń. Dostali się do wioski. Seria z karabinu maszynowego pochodziła od żołnierzy zaćmionych przez Józia grabiami. Widać uderzenie grabiami nie było groźne. W wiosce kręciło się wielu ludzi, cywili. Starali się, aby nic nie uszło ich uwadze. Nasi bohaterzy weszli do jednego domu, prosząc o zezwolenie na spoczynek. Gospodarze zgodzili się, polecili iść na strych. Tak też uczynili. Położyli się na sianie. Po tak długich niewygodach strych okazał się komnatą. Wszystkie wydarzenia pozostały gdzieś w cieniu. Ale niedługo trwało to szczęście. Usłyszeli warkot silników i wielki ruch. Kapitan odsunął kiczkiw dachu i zobaczył mnóstwo wojska stojącego w ukryciu za sąsiednimi domami i w ogrodach. Z megafonu polecono wszystkim mieszkańcom domu i dwóm ukrywającym się wyjść przed budynek. Gospodarze wyszli. Powtórzono jeszcze raz rozkaz, strasząc podpaleniem domu. Przedłużali wyjście. Wystrzelono pociski zapalające. Dach pokryty słomą staną w płomieniach. Nie mieli wyjścia, wyszli na podwórze. Zostali otoczeni przez wojsko i różnych cywili. Założono im kajdanki, bito kolbami i rzucono na samochód ciężarowy. Józio był ranny. Miał duży upływ krwi. Podróż była długa. Przewieziono ich do Warszawy. Przeszli śledztwo UB. Odbyła się rozprawa. Józio otrzymał dożywocie, kapitan karę śmierci. Wyrok szybko wykonano. Józio został wywieziony do Wronek, gdzie spotkałem go.

W tej celi był również Zbyszek z Poznania. Był w tym wieku co ja. Dostał wyrok piętnaście lat więzienia. Przed aresztowaniem służył w wojsku w lotnictwie. Planował ucieczkę do Szwecji. Przed startem został aresztowany przez wojskową informację. Był również ksiądz proboszcz ze Słociny koło Rzeszowa. Zawsze był bardzo wesoły i roztropny. On pocieszał i umacniał w nadziei. Wszystko składał w ręce Chrystusa i Matki Jego. Był człowiekiem wielkiej miary, kapłanem i patriotą. On odnawiał nasze dusze i serca, dzielił losy swojego ludu. Siedzieliśmy razem około trzech miesięcy. Później został przeniesiony do innej celi. Przeżył, powrócił na plebanię w Słocinie, gdzie złożyłem mu wizytę (niedługo później umarł, nazywał się Zborowski Stanisław) .

Kawaler po powrocie do domu spotka najukochańsze osoby, może i narzeczoną. Są to ludzie, u których jednakowo biją serca i jednakowo kochają. Usłyszy swoje imię, nazwisko wymawiane z szacunkiem i miłością. To jest dom, którym będzie do końca życia. Będzie pracował i wychowywał dzieci wraz z ukochaną małżonką. Dla więźnia dom – oaza życia – jest zawsze upragnioną wizją przyszłości. Ma gdzie wrócić. To jest inny świat, gdzie ludzie żyją, kochają, tworzą. Bywa też tak, że miara goryczy wypełni się po brzegi. Na więźnia znękanego do granic wytrzymałości, spada jeszcze jedno – zawiadomienie żony o rozwodzie. Od tej, którą nade wszystko kochał i tyle pokładał w przyszłości nadziei. Pękała wówczas oś kuli ziemskiej. Walił się dom, a z nim miejsce powrotu, ciepło i miłość. Zostaje sam odrzucony, niepotrzebny. Dom został dla niego zamknięty, żonę którą bardzo kochał utracił. Utracił największy skarb – dzieci. Będzie ich widywał, ale będzie dla nich obcym człowiekiem. Tak wychowa je matka. Pozostało jeszcze coś, jakaś nadzieja, czy jeszcze może wracać do świata, który go odrzucił? Często taki więzień nie wytrzymuje nerwowo, wpada w chorobę, kończy życie w zakładach dla umysłowo chorych. Jak często powtarza się ten tragiczny splot zdarzeń. Ile jest zła, cierpień, łez, niesprawiedliwości, zadanego bólu przez drugiego człowieka. Tak upokorzony, zgnieciony kończy życie zapomniany przez świat i najbliższych.

Żyłem w piekle, wśród tragicznych wydarzeń, bicia i poniewierania, znęcania się moralnego i fizycznego, upodlenia osoby ludzkiej, w stałym zastraszeniu i niepewności jutra mojego i współtowarzyszy niedoli. Na przestrzeni pięciu lat mojego pobytu w więzieniu byłem świadkiem wielu tragicznych wydarzeń, lecz szczegóły zatarły mi się w pamięci. Jedno jest niezatartą prawdą, że okres śledztwa na UB i odsiadywanie wyroku we Wronkach było piekłem i jednym pasmem cierpień, zadanym bezbronnym ludziom przez władzę ludową. Wielu z nas próbowało odtworzyć czas pobytu na UB i we Wronkach, ale żadnemu się to nie udało. Tego się nie da opisać, opowiedzieć. Nie ma słów i takiej siły, by móc wyrazić przeżycia i uczucia człowieka w tym ziemskim piekle. Ci tylko wiedzą, którzy to przeżyli. Niech ten okruch moich wspomnień rzuci choć małe światło na metody śledztwa, warunki więzienne pod troskliwą opieką Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.

Dnia 7 czerwca 1954 roku przed południem przyszedł strażnik do warsztatu, który polecił mi abym narzędzia i rozpoczęte matryce przekazał brygadziście. Tak też uczyniłem. Brygadzista natychmiast wyznaczył kogoś innego na moje miejsce. Wyjaśniłem i wskazałem, które matryce są na ukończeniu, które rozpoczęte. Kiedy wszystko załatwiłem strażnik zaprowadził mnie do mojej celi. Polecił przygotować się i czekać. Nie miałem dużo do przygotowania. Wziąłem miskę, łyżkę i koc. Byłem gotowy. Czekałem, ale nikt po mnie nie przyszedł. Przyszli koledzy z pracy. Kolacja, apel. Tak zakończył się ten dzień. Położyłem się spać. Nie mogłem jednak zasnąć. Zastanawiałem się co będzie ze mną, gdzie mnie wywiozą. Morze różnych myśli cisnęło mi się do głowy w okropnych barwach. Wreszcie nastąpił dzień, pobudka, śniadanie, wyjście kolegów do pracy. Zostałem w celi i czekałem. Około południa otworzyły się drzwi. Oddziałowy polecił wyjść. Wziąłem miską, łyżkę, koc i poszedłem za nim. Zaprowadził mnie do administracji, zameldował i odszedł. W biurze stało trzech mężczyzn w mundurach straży więziennej. Jeden powiedział żebym uważnie słuchał co będzie czytał. „Na niejawnym posiedzeniu Rejonowego Sądu Wojskowego w Rzeszowie w dniu… rozpatrzono sprawę więźnia Machowskiego Ludwika, skazanego z art. 86 KKWP oraz art. 4 itd. Zastosowano amnestię 1952, na mocy której zmniejszono karę więzienia na lat pięć. Więzień odbył karę pięciu lat, zostaje więc zwolniony z odsiadywania kary”. Ta niespodzianka przyprawiła mnie o zawrót głowy. Kiedy przestał czytać, osądziłem, że znów mnie kłamią. Zastanawiałem się, co ze mną chcą zrobić. Coś mi się plątało po głowie: wir, szum, jakieś urywki, amnestia, amnestia… Skupiłem myśli i powiedziałem „Proszę jeszcze raz powtórzyć”. Nie czytał od początku, powiedział jedynie „Jesteście wolni, idziecie do domu!”.

Strażnik zaprowadził mnie do komory gdzie było moje ubranie. Był czerwiec, na dworze gorąco, a ja miałem ubranie zimowe. Wręczono mi walizkę z drobnymi rzeczami. Przyprowadzono mnie znów do biura, gdzie wydano mi pieniądze z mojego konta – w sumie 500 zł – oraz przepustkę z adnotacją – zgłoszenie się do UBP po przyjeździe do miejsca zamieszkania. Tam mi wyznaczą jak często mam zgłaszać się w tym urzędzie lub na posterunek policji. Pouczono mnie abym język trzymał za zębami, bo inaczej wrócę do Wronek bardzo szybko. Wyprowadzono mnie przez bramę. Słyszałem jeszcze echo uderzenia bramy. Ten zgrzyt unosił się w eterze jak dzwon cmentarny w czasie pogrzebu. Tam za bramą tysiące istot ludzkich trwało w nieustannym pochodzie do własnego grobu. Ten zgrzyt bram, drzwi i kluczy to ich dzwon. Byłem jednym z nich teraz stoję na ulicy. Powiedziałem żegnajcie koledzy, mam nadzieję, że i wy doznacie tego uczucia. Szedłem ulicą prowadzącą do PKP Wronki. Pierwszy raz po pięciu latach szedłem sam, bez strażnika.

Po obu stronach ulicy rosły drzewa owocowe, krzewy i różne warzywa. Wciąż nie wierzyłem, że jestem wolny. Sądziłem, że lada chwila padnie strzał i koniec. Powiedzą uciekał, musieliśmy to zrobić. Przez pięć lat otaczało mnie tylko kłamstwo. W takim napięciu doszedłem do stacji. Tam kupiłem bilet na pociąg Szczecin – Przemyśl. Kiedy kupowałem bilet, spojrzała na mnie kasjerka, by po chwili zapytać: „ Pan wraca z Klasztoru?” Tak proszę pani – odpowiedziałem. Rozmowę przerwali nowi pasażerowie. Była to moja pierwsza rozmowa z człowiekiem na wolności. Podziękowałem i wyszedłem na peron. Tam stało wielu ludzi. Kobiety widziałem po raz pierwszy od pięciu lat. Były barwnie ubrane, żywe, wesołe. Oceniałem każdą jako bardzo piękną i zgrabną. Byłem gotów każdą z nich pojąć za żonę. Wspominałem później tą chwilę z pewną dozą humoru. Na pociąg musiałem czekać jedną godzinę, która strasznie mi się dłużyła. Podświadomie przychodziła myśl, że mogą przyjść i zabrać mnie do więzienia. Nie wytrzymałem i wsiadłem do pociągu do Poznania. Tam czekałem na mój właściwy pociąg. Wciąż się bałem, że mimo oddalenia od Wronek stąd też mogą mnie zabrać. Moje medytacje przerwał nadjeżdżający pociąg. Wszedłem do wagonu, gdzie siedziało wielu chłopców powracających z wojska na urlop do domu. Wzięto mnie za powracającego z wojska, któremu pod koniec służby przytrafiło się siedzenie w ścisłym areszcie. Byłem bez włosów i biały jak trup. Wiele rozmawialiśmy, czas mijał szybko. Dziewiątego czerwca 1954 roku wysiadłem w Krakowie. Odwiedziłem siostrę z rodziną Mazurów. Wiele było uścisków, pytań i odpowiedzi. Spieszyłem się jednak bardzo do domu rodzinnego. Odjechałem najbliższym pociągiem. W Rzeszowie byłem w godzinach popołudniowych. Na nogach dotarłem na Plac Wolności, przyglądając się po drodze każdemu budynkowi i ulicy. Dotykałem wzrokiem wszystkiego. Myślą piastowałem je jak matka własne dziecko. Tak długo nie widziałem tego miasta. Na Placu Wolności stała grupa ludzi. Poznałem kilku starszych. Autobusem PKS’u dojechałem do Krasnego, skąd na nogach poszedłem do domu.

Wszystko dla mnie było nowe i ciekawe. Spotykałem znajomych, którzy patrzyli na mnie nie ukrywając zdziwienia. Doszedłem do domu. Rodzice i siostra pracowali obok domu w ogrodzie. Na mój widok rzucili narzędzia i przybiegli przed dom. Uścisków i pytań nie było końca. Z radości wszyscy płakali. Zgodnie z poleceniem zgłosiłem się na posterunek milicji w Słocinie. Zapisano mnie i polecono abym zgłaszał się na każde polecenie. Po kilku dniach pojechałem do Rzeszowa w poszukiwaniu pracy. Chodziłem po instytucjach, zakładach pracy. Wszędzie pytano o zawód i wykształcenie. Byłem z zawodu mechanikiem z wykształceniem średnim, posiadałem świadectwo dojrzałości. Wszędzie kogoś szukano. Proszono o napisanie podania i życiorysu. Szybko pozytywnie rozpatrzymy – odpowiadano. Tak też zrobiłem. Gdy pytałem o odpowiedź w sprawie podania twierdzono, że chwilowo wstrzymano przyjmowanie, albo proszę się zgłosić za dwa, trzy miesiące. W urzędzie zatrudnienia, także bez skutku. Szukałem pracy trzy miesiące. Byłem całkowicie zrezygnowany. Pod koniec sierpnie 1954 roku siedziałem na korytarzu Urzędu Zatrudnienia, usłyszałem rozmowę między dwoma mężczyznami. Jeden z nich mówił, że Fabryka Sprzętu Gospodarczego potrzebuje frezera, ale on nie pójdzie, ponieważ będzie miał inną pracę. Poszedłem do tej fabryki. Podczas rozmowy z dyrektorem okazało się już przyjęto frezera. Ale uprzejmy dyrektor poinformował mnie o tym, że obok w Przemyśle Terenowym potrzebują narzędziowca. Dyrekcja mieściła się w tym samym budynku. Dyrektor osobiście zaprowadził mnie do dyrekcji Rzeszowskich Zakładów Przemysłu Terenowego. Tam mnie przyjęto. Miałem wykonywać oprzyrządowanie do maszyn. Polecił kadrowemu dopełnić wszystkich formalności związanych z moim przyjęciem do pracy. Polecił również zgłoszenie o mojej pracy w tutejszym WUBP w Rzeszowie. Drugiego września 1954 roku rozpoczął się dla mnie nowy okres życia.

W tym krótkim zarysie mojego życia starałem się ukazać tęsknoty młodzieży polskiej, a przede wszystkim ziemi łańcuckiej, która marzyła o wolnej, suwerennej Polsce, pełnej sprawiedliwości, jedności i pokoju. Pragnienie to było powszechne. My młodzi pragnęliśmy objąć wolnością i pokojem braci Litwinów, Estończyków, Łotyszy, Białorusinów i wszystkie narody na południe od naszych granic. Pragnęliśmy dla nas wszystkich wolności myślenia, kultury, polityki państwowej i szacunku dla każdego człowieka. Chcieliśmy budować sumienia ludzi wolnych i naturalny porządek należny człowiekowi. Nasze odczyty, ulotki miały budzić świadomość historyczną Polaków, a zwłaszcza młodzieży. Wzorem do naśladowania byli filozofowie, myśliciele, działacze, pisarze, poeci, bohaterowie powstań, legionów, powstańcy warszawscy, bohaterscy żołnierze i waleczni partyzanci. Ukazywaliśmy prawdy historyczne: pakt Ribbentrop – Mołotow z 1939 roku, wkroczenie Armii ZSRR 17 września 1939 roku na ziemie ówczesnej Rzeczypospolitej, mordy dokonywane na Polakach na wschodnich rubieżach, mord na oficerach polskich w Katyniu i innych miejscach gdzie straciło życie około 15 tyś. oficerów, deportacje i mordy na całym obszarze Polski. Nie chcieliśmy być niemymi, trwożliwymi, zalęknionymi. Mieliśmy obowiązek, przypomnieć, że mamy prawo do swojej mowy ojczystej, twórczości, kultury, niepodległości i suwerenności. Czuliśmy obowiązek obrony tych wartości. Naszym obowiązkiem było bronić nasz kraj. Nie chcieliśmy, żeby nam mówiono „Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie”. Może młode pokolenie będzie czytało o tych tragicznych wydarzeniach, zmaganiach i cierpieniach narodu polskiego. Niechaj trwa chwila zadumy nad tymi co żyją i tymi, którzy oddali życie dla świętej sprawy. Wszyscy pragnęli wolnej, niepodległej, bez obcej ingerencji Polski. Zapłacili życiem, krwią i katorgą w więzieniach. Niech jeszcze chodzący inwalidzi, płacz matek, żon, dzieci przypominają co człowiek człowiekowi uczynił. Kości poległych w obronie Ojczyzny, które ziemia kryje pod murami więzień, w lasach, dołach i tych, którzy zginęli na froncie w czasie walki, niech będą sztandarem wolności, miłości i spokoju Polaków. Ten krótki zarys minionego czasu niech będzie testamentem dla młodego pokolenia, ma ono bowiem obowiązek utrzymać zdobyte wartości, pomnażać je, wpływać na bieg historii i codziennego życia. Ma bronić język, kulturę rodzimą, tradycję, nasz wiekowy dorobek, rodzinę i wiarę. Rodzina powinna być silna wiarą, wówczas cały naród przezwycięży trudności, klęski, a tym samym polepszy ład moralny i społeczny. Życie nasze stanie się innym, powstaniemy z „Popiołów”.

Od fal Bałtyku po Karpat szczyty, na skrzydłach Orła Białego niech zawsze unoszą się pieśni: „Jeszcze Polska nie zginęła” i dawna pieśń rycerska „Bogurodzica”. Ona zawsze przynosi zwycięstwo.

Koniec

Source

/ 5.

Biuro podróży at promarTRAVEL | Website | + posts

Planujesz urlop, ale nie masz ochoty organizować samodzielnie całego wyjazdu? Czujesz, że logistyka może cię przerosnąć? Postaw na profesjonalną pomoc w tym temacie! Dowiedz się, czym warto się kierować, wybierając najlepsze biuro podróży.

Written by Promar

Planujesz urlop, ale nie masz ochoty organizować samodzielnie całego wyjazdu? Czujesz, że logistyka może cię przerosnąć? Postaw na profesjonalną pomoc w tym temacie! Dowiedz się, czym warto się kierować, wybierając najlepsze biuro podróży.

Leave a comment